Rozdział XVI

Na samą myśl o tym, co zamierzamy za chwilę zrobić przechodzą mnie ciarki. Ilu tym razem będziemy musieli uśmiercić, by uratować... Pięć? Dziesięć? Może trzydzieści osób? Zaczyna mnie mdlić. Zły znak. Biorę coraz głębsze wdechy, tym razem starając się nie zapomnieć o wypuszczeniu powietrza. Żołądek trochę się uspokaja, ale teraz przez głowę przebiegają niemal z prędkością światła coraz to nowe, krwawe obrazy. Muszę się ich jakoś pozbyć. Być silna. Prostuję plecy i unoszę wysoko głowę. To mój dystrykt. Strażnicy są intruzami. Oni powinni bać się nas, nie odwrotnie. Nie mogę stać się jednak zbyt pewna siebie. Jestem więźniem, a przynajmniej tak muszę się zachowywać. Zdolności aktorskie, którymi los nigdy mnie nie obdarzył, przydałyby się teraz. O ironio. Rezygnuję z prób ukrycia uczuć. Przerasta mnie to zadanie. Boję się. Ba, to mało powiedziane. Ledwo stawiam kolejne kroki. Sparaliżowane nogi zdają się ważyć po kilka ton każda. Szybko doszukuję się pozytywu: wyglądam jak szary człowiek wleczony przez Strażnika Pokoju do aresztu. Wypisz wymaluj. Kto byłby z tego powodu szczęśliwy? Rose ma tak samo przerażony wyraz twarzy. Nie wiem, czy to tylko poza, ale szczerze w to wątpię. Ta dziewczyna jest jeszcze bardziej krucha i delikatna niż ja. Zraniona przez chorobę, utratę ojca, a teraz matki. Jednak stara się trzymać, za co będę jej chyba dozgonnie wdzięczna. Powinnam brać z niej przykład.
Wieczność zajmuje nam pokonanie parkingu przed budynkiem, właściwie wylanego betonem placu zajętego przez trzy radiowozy, zarośniętego chwastami i trawą. Samochody mają pewnie ze trzydzieści lat. Rzadko można je zobaczyć na drogach, zwykle nie ma nawet potrzeby, żeby Strażnicy ruszali swoje spasione tyłki ze stołków, a co dopiero włączali zardzewiałe, charczące syreny. Rozważaliśmy ucieczkę jednym z aut, ale pomysł szybko został odrzucony. Nie ukrywam, że sama dość mocno oponowałam. Po pierwsze, wzbudzilibyśmy za duże poruszenie jako jedyni przemieszczając się tego rodzaju środkiem transportu. Po drugie (i chyba najważniejsze) nikt nie ma pewności, że te rzęchy w ogóle da się odpalić. Może i jesteśmy zapleczem Kapitolu, ale dość słabo to odczuwamy. A nawet w ogóle. Jeśli chodzi o mnie.
Zatrzymujemy się dokładnie siedem razy. Na każdym postoju chłopcy zamieniają kilka słów z innym Strażnikiem. Kilkakrotnie wskazują na nas i o coś pytają, ale do moich uszu nie dociera sens ich słów. Wyłączam się. Znowu. Obserwuję okolicę zapełnioną białymi mundurami. Ani jednego zwykłego człowieka. Oprócz nas oczywiście. Biel już nigdy nie będzie dla mnie kolorem niewinności. Kilka razy spoglądam na mamę. Wydaje się nad wyraz opanowana, ale na jej bladych policzkach zauważam delikatne ślady łez. Też chce mi się płakać. Z całej siły zaciskam zęby, walcząc ze sobą. Mięśnie szczęki mam napięte do granic możliwości, ale sposób okazuje się skuteczny, bo oczy pozostają suche. Niemal jestem z siebie dumna. Pewnie byłabym w innej sytuacji. Nieustannie porównuję swoje zachowania i reakcje z tymi, które wystąpiłyby przed kilkoma dniami. I sama siebie zadziwiam. Zabija człowieka. Patrzy na śmierć. Ucieka przed własnym bratem. Wrzeszczy na Bogu ducha winną, skrzywdzoną dziewczynę. Daje się zakuć w kajdanki najlepszemu przyjacielowi. Morderczyni. Morderczyni. Znowu te pieprzone wyrzuty sumienia! Morderczyni. Morderczyni. Błagam, niech to się skończy. Morderczyni. Chociaż na to zasługuję. Najbardziej ze znanych mi osób. Morderczyni.
Szarpnięcie kajdanek obok wyrywa mnie z pułapki własnego umysłu. Jak przez mgłę widzę lecącą na ziemię Rosemary. No tak, musiała się potknąć, bo mnie za bardzo pochłonęła walka z samą sobą. Patrzę jak dziewczyna upada. Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie mogę ruszyć ręką, żeby ją złapać. Co za frustrujące uczucie! Miliard sekund później jej kolana stykają się z podłożem. Pewnie nieźle pozdzierała skórę. Schylam się, żeby jej pomóc, alarmując przy tym Brandona. Ostrym wzrokiem powstrzymuję go od podejmowania jakichkolwiek „miłosiernych” reakcji. Teraz jest Strażnikiem. Na służbie. Spoglądam na Riglely’a, który z bólem w oczach obserwuje zajście. Wiem, to nic poważnego, ale on tak bardzo stara się ją chronić, że ma wyrzuty sumienia za każdym razem, kiedy dzieje jej się nawet najmniejsza krzywda. Kocha ją. Też chcę, żeby ktoś darzył mnie tak silnym uczuciem. Część mnie krzyczy, że na to nie zasługuję. Że zaprzepaściłam swoje szanse na szczęście. Morderczyni. A egoistyczna ja rozpaczliwie pragnie odrobiny tego szczęścia. Odrobiny.
Podaję rękę Rose, ignorując kłujący ból kostki. Zaciskam zęby i dźwigam dziewczynę z ziemi. Waży mniej ode mnie, ale dziś czuję się wyczerpana jak nigdy. Jakby jej czterdzieści kilogramów zamieniło się nagle w czterysta. Szeptem przepraszam i pytam, czy wszystko w porządku. Kiwa głową, otrzepuje dłonie i kolana, chwyta mnie za rękę i powoli ruszamy naprzód. Żadnego najlżejszego grymasu bólu. Rozglądam się dookoła i z przerażeniem stwierdzam, że gapią się na nas niemal wszyscy Strażnicy w okolicy. Niby nic dziwnego. Panuje tu tak niezmącona cisza, że uwagę zwraca najmniejszy szmer. Z bijącym sercem docieram do drzwi komisariatu. Odpryskująca farba nie zachęca do wejścia. Jeśli wcześniej byłam przerażona, to nie wiem jak nazwać uczucie towarzyszące mi w tej chwili. Obezwładniające. Paraliżujące. Uniemożliwiające oddychanie. To najbardziej niebezpieczne zadanie, jakiego się w życiu podjęłam. Wchodzimy do gniazda os. Ale kocham Ronnie jak siostrę. Znamy się od małego, przyjaźnimy od kilku lat. Poza tym, ona ma rodzinę, która jej potrzebuje. O ile jeszcze żyje. Inaczej cała misja, całe narażanie siebie i innych pójdzie na marne.
Pokonujemy trzy zniszczone, betonowe stopnie. Drzwi ustępują po popchnięciu. Na razie nie napotykamy trudności. Za to trzy wielkie, białe problemy wyrastają przed nami, kopcąc papierosy zaledwie sekundę później. Powietrze jest gęste od dymu, prawie uniemożliwia normalne oddychanie, a popielniczka nie mieści już petów. Czy nikt ich nie nauczył, że to cholerstwo zabija?! Sama mam wrażenie, że wypala mi teraz płuca. Oczy zaczynają łzawić. Nigdy nie rozumiałam ludzi palących jednego za drugim. Ale to nałóg. Ja obgryzam paznokcie (spoglądam na swoje ogryzione niemal do krwi palce), a oni przyprawiają się o raka płuc, wywalając przy tym mnóstwo pieniędzy w błoto. Tak sobie radzę ze stresem. Kto wie, może oni też się denerwują. Są ludźmi. Patrzą jak ludzie. Mówią jak ludzie. Krwawią jak ludzie. Umierają jak ludzie. Znowu wraca koszmar. Kolejny raz przeżywam to samo. Morderczyni. Morderczyni. Zwijam dłonie w pięści, wbijając resztki paznokci w skórę. Ból nie pomaga. Zaciskam zęby mając wrażenie, że zaraz się pokruszą. Tylko nie zacznij płakać, wariatko. Byłabym bardziej wiarygodna, ale też na nic bym się nie przydała w stanie ogólnej rozsypki. Wdech i wydech. Będzie dobrze. Nie ma to jak uspokajać samą siebie. Przez chwilowe załamanie umyka mi początek rozmowy Rigley’a i Brandona ze Strażnikami. Podejmuję mocne postanowienie, że się skupię i będę teraz uważnie słuchać. Kolejny mały krok w drodze do zwycięstwa. To ważny moment. Od niego zależy życie nas wszystkich. A także powstanie.
- Powód zatrzymania? – pyta najbardziej barczysty z mężczyzn. Na oko dwa razy szerszy ode mnie. - Niesubordynacja – odpowiada Rigley. – I brak dokumentów. Znaleźliśmy je pod lasem po godzinie granicznej. Polecono nam, że mamy je przyprowadzić do aresztu.
Drżę. Nawet nie orientuję się, kiedy to się zaczyna. Dopiero dłonie obijające się o siebie grzechocząc kajdankami zwracają moją uwagę. Patrzę na Strażników, w myślach przekonując ich, aby łyknęłli naszą bajeczkę. Błagam ich, krzyczę. Dobrze, że nie na głos. Chyba byłoby już po nas.
W końcu godzą się, aby to Brandon odprowadził nas do celi. Rig ma zostać tutaj. Trzęsę się jeszcze bardziej na samą myśl. Bran ma wrócić i mu pomóc. Wszyscy musimy, bo kiedy tylko zorientują się, że coś jest nie tak... Mój brat nie da sobie rady z trzema wyrośniętymi facetami. Wyrośniętymi i wyszkolonymi. Musi wytrzymać kilkadziesiąt sekund. Prześladuje mnie myśl, że nawet w pięcioro sobie nie poradzimy. Niewidoma, kontuzjowana, czterdziestolatka, pobity szesnastolatek i pracownik kanalizacji. Stanowimy naprawdę przerażającą drużynę. Nagle nachodzi mnie swego rodzaju olśnienie. Może nie najmądrzejsze, ale wydaje mi się w tym momencie genialnym pomysłem. Że jedno z nas musi zostać i otworzyć cele. Zwiększymy tym samym przewagę liczebną. Więźniowie nam pomogą. Tak, muszą. Walczymy razem, prawda?
Znowu zatapiam się w myślach i ucieka mi cała rozmowa. Po chwili jesteśmy już przy celach. Z rozpiętymi kajdankami. Dobiegają nas odgłosy walki przy wejściu. Za szybko. To miało się wydarzyć później. Nie teraz. To mój brat. Proszę, niech ktoś mu pomoże. Widzę twarz przyjaciółki naprzeciw swojej w odległości około dziesięciu metrów. Niemal płaczę ze szczęścia, dopóki nie zauważam głębokiego rozcięcia na jej policzku, podartej spódnicy i zakrwawionego kołnierzyka bluzki. Zaciskam zęby nienawidząc człowieka, który jej to zrobił. Mam ochotę wbić mu paznokcie (a raczej ich resztki) w skórę i rozorać twarz, żeby zostały blizny do końca życia. Wyrywam się do przodu, chwytając po drodze klucze z ręki Brandona. Patrzy na mnie wielkimi oczami. Nie taki był plan. A Strażnicy mieli się zorientować później. Kiedy będzie nas więcej. Nigdy nie lekceważ przeciwnika. Dostajemy nauczkę za zbyt duży optymizm.
- Idźcie, zaraz dołączę – mówię odwrócona tyłem. Słyszę oddalające się, lekkie kroki, znak, że mama posłuchała. Jednak Bran nadal stoi w miejscu.
- Zaufaj mi – szepczę, patrząc mu w oczy. – Wiem, co robię – dodaję dobitnie. Szczerze mówiąc, niezbyt pewna swoich słów.
Rzuca mi pełne wiary spojrzenie i wybiega z nożem w zaciśniętej dłoni. Broń palna nie wchodzi w tym wypadku w grę. Usłyszałby nas cały plac, a tego nie chcemy. Powinniśmy jak najdłużej zachować pozory. Wtopić się w tłum. Otwieram wszystkie cele po kolei. To skrajna nieodpowiedzialność, że do każdej pasuje ten sam klucz. Ale tym lepiej dla mnie. I mojej rodziny. Kiedy dochodzę do Ronnie, siedzi wgapiona we mnie. Z szeroko otwartymi oczami i ustami obserwuje każdy mój ruch. Tłumaczę jej, że musimy działać, ale wydaje się nie słyszeć. Rzuca mi się na szyję. Zaciska palce na moim karku, szlochając. Muszę ją odepchnąć i znieść wyraz zawodu w zielonych tęczówkach.
- Musimy działać – szepczę z ciężkim sercem i gulą w gardle.
Uwalniam pozostałe cztery osoby: trzech przerażonych dziesięciolatków i staruszkę. Każę im zaczekać i biegnę do wejścia z nożem w dłoni. Zmarnowałam czas. Rozczarowanie jest gorzkie. Czuję się, jakbym dostała w twarz. Nie pomogą nam. Dzieci, nieobecna Ronnie (jej stan też boli) i starsza pani. Musimy radzić sobie sami. Tego też nie przewidziałam. Pieprzona optymistka. Ale to czasem pomaga. Także w tym momencie. Kiedy przestraszona docieram do miejsca starcia, jest już po wszystkim. Spada mi kamień z serca. Znów mogę oddychać. Moja rodzina żyje. Nie pytam, jakim sposobem. Może to cud. Może jesteśmy jego jedynymi świadkami. Trzech Strażników kontra trzech cywilów. Wygrana cywilów. Ciała leżą w kałużach krwi na podłodze, przypominając o moim wcześniejszym wyczynie. Morderczyni. Odrywam wzrok od podłogi, kierując go na pozostałych.
- Pięć osób. Mamy ze sobą pięć osób – oznajmiam krótko. Potem uświadamiam sobie, co tak naprawdę zrobiliśmy. I nie chodzi tu wcale o morderstwo (nie żebym uważała je za coś dobrego, przeciwnie). Uwolniliśmy pięć osób. Pięć osób, które nie poradzą sobie same. Nie mamy dokłanego planu. Mamy za to spory nadbagaż. Tak zaaferowani śmiercią matki Rose zapomnieliśmy pomyśleć, co zrobimy później. Jakie to nieodpowiedzialne! I nikt, absolutnie nikt nie zgłosił zastrzeżeń. Ogarnia mnie panika. I cały czas przybiera na sile. Jak stąd wyjdziemy? Dokąd każemy im pójść? Musimy dostać się do rodziców Brandona, a oni... „Będą nam zawadzać” – przychodzi mi do głowy, ale szybko się karcę. Ja też przeszkadzam. Ja opóźniam, ja wpadam w histerię, ja przeżywam załamania nerwowe. No dobra, od czasu do czasu biorę się w garść, ale to tylko niewielki procent moich zachowań. Z reguły jestem do niczego. Z wyrzutami sumienia. Morderczyni. Morderczyni. Cholera, po co w ogóle o tym myślę?! Właśnie takie popadanie w paranoję uniemożliwia racjonalne myślenie. I jakiekolwiek sensowne działanie. Uderzam się w twarz. Patrzą na mnie jak na wariatkę (którą, przynajmniej po części bez wątpienia się staję), ale nie zważając na to dokładam jeszcze jeden policzek, tym razem mocniejszy. Żeby wrócić. Żeby, jak już wspomniałam, racjonalnie myśleć. Przewracam oczami i macham ręką, kiedy gapią się na mnie z przerażeniem w oczach. Trochę piecze mnie skóra, ale oprócz tego (i dzięki temu) jestem całkowicie przytomna. Miłe uczucie. Chyba przez to wszystko zostanę masochistką.
- Okej, macie rację, to było dziwne, ale pomogło mi się skupić, więc proszę, zamknijcie usta – mówię wesołym głosem. To już całkiem zakrawa na wariactwo. Ale co mam poradzić na to, że jestem z siebie zadowolona? Może nie całkiem, jednocześnie nienawidzę swojej osoby i to na pewno nie przejdzie, ale zaczynam w niewielkim stopniu odzyskiwać kontrolę nad swoim zachowaniem. Co nie zmienia faktu, że nadal nie uważam, żebym miała prawo żyć.
- Co zrobimy z... – Bran wskazuje dłonią na podłogę, nie spoglądając w tamtym kierunku. W ręku nadal trzyma zakrwawiony nóż. Coś ściska mnie za serce. Mam nadzieję, że będzie sobie radził lepiej ode mnie. A jeśli nie... Biorę głęboki wdech. Jeśli nie, pomogę mu. Tak jak on mnie. Dam radę to zrobić.
Mina mi rzednie, kiedy znów patrzę pod nogi. Krew. Dużo krwi. I ciała. Wcześniej im się nie przyjrzałam. Nie jest ich wcale tak dużo. Trzy, ale to przecież ludzie. Nadal nimi są, tyle że martwi. Krwawią jak ludzie. Zaczynam ich żałować, szczególnie, kiedy zauważam zamarłe w grymasie bólu usta i szeroko rozwarte powieki jednego ze Strażników. Kręcę głową. Jak w ciągu jednego dnia wszystko się zmieniło. Jakie dylematy się pojawiły. Mieli matki, ojców, rodzeństwo, żony, przyjaciół. Czym się różnię od nich? Poglądami? Zawodem? A jeśli wcale nie wybrali swojej przyszłości świadomie? Jeśli zostali zmuszeni do pełnienia swych funkcji przez przełożonych albo sytuację? Znaleźli się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze. W czym jestem lepsza od nich? Odpowiedź jest krótka i prosta. W niczym.
- Może wciągniemy ich do cel? – odzywa się nieznajomy głos. Nie mogę zobaczyć jego właścicielki (tak, to niewątpliwie kobieta), ale wiem, że należy do staruszki, którą przed momentem uwolniłam z celi. Odwracam się powoli i patrzę w jej mądre oczy, jakby szukając w nich odpowiedzi na zadane sobie wcześniej pytania. Kiedyś pewnie intensywnie niebieskie tęczówki, teraz jasnobłękitne. Nie mam pojęcia, co jest w tej kobiecie, ale budzi moje zaufanie. Może zgarbiona postawa, zmarszczki wokół oczu, krótkie, siwe włosy i jasny sweter przypominają mi babcię, której nigdy nie dane mi było poznać? Siedzącą przy piecu i robiącą na drutach ciepłe skarpety dla swoich wnuków, żeby w czasie srogiej zimy nie odmroziły sobie palców? W pewnym momencie kojarzy mi się nawet z dobrym aniołem. Albo już całkiem wariuję, nie wiem. Niczego nie jestem już pewna.
Kiedy patrzymy na nią bez słowa, uśmiecha się delikatnie i mówi:
- Przepraszam, nie przedstawiłam się. Graila Loperfield. Jestem...
- Poprzednim burmistrzem dystryktu – kończy za nią zaskoczony Rigley. – Jedyną w historii Panem kobietą-burmistrz.
Uśmiecha się do nas. I wtedy przestaję o niej myśleć jak o starej, bezużytecznej staruszce. Słyszałam jej historię. Walczyła o wyższe wynagrodzenia i poprawę warunków życia mieszkańców Trzynastki. Oczywiście usunięto ją z urzędu, została skazana na dożywotnie więzienie. Dla przykładu. Dobrze, że nie publiczną chłostę czy śmierć. Nie przewieziono jej do Kapitolu, bo sądzono, że długo nie pożyje. Z czasem o niej zapomniano. Mieszkańcy dystryktu przestali przynosić ubrania i biedny, chudy rosół w niedzielę, ponieważ Strażnicy przepędzali darczyńców i grozili im więzieniem. Bali się, że ta niepozorna kobieta rozpęta piekło. I nie podobało im się, że wszyscy tak bardzo ją szanowali. Bardziej od prezydenta. A teraz stała tu, przed nami. Można by powiedzieć: żywa legenda.
- Dzieci, nie wydaje mi się, że macie teraz czas na stanie i wpatrywanie się we mnie. Nie za wiele wiem o tym... – Tu pokazuje ręką drzwi. – Tym na zewnątrz, ale słyszałam, że coś się szykuje.
- Tak, pani Grailo – mówię do niej, starając się zabrzmieć w miarę grzecznie.
- Grailo. Czuję się wystarczająco stara. Kiedy człowiek przekracza osiemdziesiątkę na tym łez padole ma wrażenie, że patrzy się na niego niemal jak na skamieniałość – przerywa mi. Wywołuje uśmiech na twarzach pozostałych, w tym na mojej. I imponuje mi swą długowiecznością. To nie lada wyczyn w takim dystrykcie jak nasz.
- W takim razie... Grailo. Na zewnątrz ludzie szykują się do powstania przeciwko Kapitolowi, ale to pewnie pani... To pewnie już wiesz. – Staram się wprowadzić starszą kobietę w sytuację.
Pałeczkę przejmuje Rigley. Opowiada o naszym planie. I o planie całego dystryktu. Wiem, że możemy jej ufać. Jasne, mogła się zmienić przez te wszystkie lata, ale odrzucamy tę możliwość. Jesteśmy optymistami. To nas kiedyś zgubi, ale na pewno nie w tym wypadku. W głowie świta mi coraz poważniejsza myśl, że Loperfield może nam pomóc. W końcu jest niemal starsza niż cała nasza rodzina razem wzięta. Rodzina. Wliczam do niej zarówno Rose jak i Brana. Jesteśmy rodziną.
Graila słucha, kiwając głową, po czym stwierdza, że podstawową sprawą jest dostarczenie nas do kopalni.

- Ten kraj zdecydowanie potrzebuje zmian. Za długo czekamy już na rewolucję – oznajmia stanowczym głosem i sama bierze się za przeciąganie Strażników na drugą stronę posterunku. Nie wiem, skąd czerpie siłę, ale coraz bardziej mi imponuje.

5 komentarzy:

  1. Świetne, jak zwykle. No i ten motyw z burmistrzem <3 Ja nie wiem, skąd Ty bierzesz tyle pomysłów : ) Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że wreszcie wróciłaś Lumi. :)
    No i oczywiście jak zwykle dobry rozdział. Te opisy przeżyć powiązane z przemyśleniami głównej bohaterki są świetne! W dodatku te pojedyncze zdania, które przy tym wplatasz, nadają całości dynamizmu i człowiek nawet się nie zorientuje, a już kończy czytać.
    Co do fabuły - nadal jest fajnie wykreowana i dobrze się ją czyta. Masz lekkie pióro (a w tym wypadku klawiaturę) i to się czuje.
    No i spodobała mi się była pani burmistrz ;3 Prawdopodobnie dlatego, że kojarzy mi się trochę z własną babcią, ale to pomińmy.
    Z niecierpliwością czekam na następny i mam nadzieję, że pojawi się trochę szybciej.
    Pozdrawiam i niech los zawsze Ci sprzyja! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaczytałam sie, pochłonęła cała twoją historię w niecałą godzinę! A teraz pytanie: KIEDY KOLEJNY ROZDZIAŁ?!.
    Będę czekać.
    Pozdrawiam
    4

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałam wszystkie rozdziały w niespełna godzinę.Bardzo podoba mi sie cała historia,ciekawe postacie i świetny pomysł z napisaniem historii z przed igrzysk.Kiedy mozna bedzie zobaczyc kolejny rozdzial?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbliższy rozdział pojawi się najbliżej w przyszłym tygodniu, mam trochę pracy związanej z olimpiadą. I dziękuję za miłe komentarze :3

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)