Rozdział XV

Patrzę z przerażeniem na twarze pozostałych. Gdyby położyła jej rękę na twarzy, przekonała się, że nie oddycha i tylko to... Aż. Nie tylko. Jest wrażliwa, delikatna, nie chcę, żeby się załamała. Może wystarczy jej...
- Jak zginęła? - pyta zimnym, pełnym obojętności głosem. Zupełnie niepasującym do dziewczyny, którą przed chwilą widziałam zrozpaczoną na górze.
Tego też jej nie powiedział. Nie potrafił. I ja nie umiem. Jestem za słaba.
- Rosemary nie sądzę...
- Zamknij się! - wrzeszczy na mnie. - Mam prawo wiedzieć! Do cholery, to moja matka! Nie mam
nikogo innego, jestem sama! Zupełnie...
Zaczyna krztusić się łzami spływającymi do gardła. Swoją własną, bezdenną rozpaczą. Klęka na podłodze, podpierając się rękoma na wytartych klepkach. Trzęsące się ramiona i bezgłośny szloch wywołują ciarki na moich plecach.
- Dlaczego ona? - szepcze dziewczyna, kiedy Rig siada obok i otacza szczupłe ciało ramionami. Zanurza twarz w jej jasnych włosach. W milczeniu. A ona zanosi się płaczem, wbija paznokcie w obejmujące ją ręce i mocno drży.
Łzy same zaczynają płynąć z moich oczu. Najpierw jedna, którą staram się zatrzymać. Potem wymyka się druga, trzecia, a kolejnych nawet nie próbuję kontrolować. Nie mam odwagi podejść do Rose. Brak mi słów. Szczerze mówiąc, podziwiam ludzi, którzy potrafią składać kondolencje. Na pogrzebach zawsze stoję z boku. Nie moja wina, że kiedy ktoś płacze, ja robię to samo. To się chyba nazywa empatia. Mama wychodzi. Nie wiem, dlaczego. Nie pytam. Pewnie i tak bym nie zrozumiała. Może nie potrafi tego znieść. Widzę ból w oczach brata, kiedy podnosi na mnie wzrok. Nie płacze, ale z trudem się powstrzymuje. Powoli wycofuję się do pokoju. Znowu wydaje mi się, że powinni zostać sami. Bran podąża za mną.
- Zostańcie - szepcze Rosemary. W pomieszczeniu panuje taka cisza, że nawet nie muszę wytężać słuchu, by ją zrozumieć. - Nie zostawiajcie mnie samej. Sam? Sam, nie zostawisz mnie, prawda?
Słowa wylewają się z niej potokiem, zaskakując mnie z każdym kolejnym. Że jestem jej jedyną przyjaciółką. Że wie, że może mi ufać. Że jestem dla niej jak siostra, której nigdy nie miała.
- Jasne Rose, zostanę - odpowiadam przez łzy i siadam na podłodze obok niej. Odszukuje moją dłoń i mocno ściska.
Bran siada naprzeciwko, w odległości około metra. Próbuję wyczytać jakieś emocje w jego ciemnych oczach, ale spuszcza wzrok. Zaczyna mówić. Powoli. Spokojnie.
- Rosemary. Nie wiem, co czujesz. To co ja przeżyłem nie może się równać z twoim cierpieniem, ale...
Zaczyna opowiadać o śmierci Matta i swoich przeżyciach. Nie wiem, dlaczego to robi. Może chce jej w jakiś sposób ulżyć. Pierwszy raz otwarcie wyznaje komuś całą prawdę. Nawet ja jej wcześniej nie znałam. Wszyscy płaczemy z nim i Rose. To działa jak terapia grupowa. Nie wiem, komu najbardziej pomaga. Chcę chwycić Brana za rękę, ale odsuwa swoją i kręci głową. Musi się z tym uporać sam. Najwyższy czas. W końcu przerywa. To wszystko. Rose wstaje i pewnym krokiem dociera do zlewu. Spryskuje twarz zimną wodą, oddycha głęboko i prosi, żeby wszystko jej wyjaśnić. Nie o matce. O powstaniu. Zabiera się za to Rigley. W tym czasie Brandon wychodzi do łazienki. Tak przypuszczam, bo słyszę trzaśnięcie najbliższych drzwi. Patrzę za nim, martwiąc się. Wiele go kosztowała ta historia. Opowiedzenie o największym życiowym dramacie. Szczególnie Rose, która nie jest jego bliską przyjaciółką. Znają się bardziej z widzenia. Pragnę iść za nim, ale jakaś siła trzyma mnie na miejscu. Obiecałam coś.
- Czyli... Musicie się dostać do kopalni, tak? - pyta na końcu.
- Musimy - poprawia ją Rig.
- A mama... Pogrzeb... Nie może tak... - Głos znów zaczyna jej drżeć.
- Kochanie, jest wojna – dopowiada najspokojniej jak potrafi.
Ze smutkiem spuszcza głowę. Na jej czole pojawia się głęboka zmarszczka. Rozważa swoją decyzję. Ja też bym się wahała. Bezpieczeństwo ukochanego czy godny pochówek matki? Ale... Teraz nawet nie ma szans na załatwienie miejsca na cmentarzu. Już to widzę: "Szanowny panie Strażniku, moja matka popełniła samobójstwo. Czy moglibyśmy dostać pozwolenie na wyjście z domu?" W najlepszym wypadku by nas wyśmiał. O najgorszym wolę nie myśleć.
- Rose proszę, zrozum. Z mojego powodu zginęło dziś za dużo osób - słowa wydostają się z moich ust w niekontrolowany sposób. Pewnie będę ich później żałować. Jak zwykle - Nie chcę, żeby ta liczba się powiększyła. Musimy dotrzeć do ojca. Musimy. Nie ma innej możliwości. Wszystko pójdzie na marne, jeśli zginiemy. Nawet nie wiesz, jak bardzo nienawidzę taty za to, że postawił ten pieprzony warunek. Nienawidzę. Ale jednocześnie go kocham. I ciebie też. I wszystkich. Musimy zdążyć. Więc, do cholery, weź się w garść i chodźmy stąd! Zostało jeszcze parę osób do uwolnienia.
Cała energia uchodzi ze mnie, kiedy kończę przemowę. Wychodzę z kuchni, nie mogąc spojrzeć Rosemary w twarz. Zginęła jej matka. Ale z drugiej strony niedługo może zginąć też moja. I ja sama. Choć moje życie nie jest za wiele warte.
Siadam na podłodze w najbliższym pomieszczeniu, chyba salonie z tego, co pamiętam. Nie zwracam uwagi. Emocje opadły, znów staję się słaba i bezużyteczna. Podłoga jest zimna i twarda. Taka rzeczywista. Popękane sęki tworzą na swój sposób piękne wzory. Chociaż mieszkaniec Kapitolu uznałby je pewnie za obrzydlistwo. Gusta są różne. Na szczęście. I na szczęście nie wszyscy wykazują takie zamiłowanie do przejmowania władzy nad innymi.
Za ścianą coś zaczyna się dziać. Słyszę podniesione głosy Brandona i Rosemary. Nie rozróżniam jednak słów. Nawet nie wiem, czy mam ochotę słuchać kolejnej kłótni. Ale jeszcze chwila samotnego siedzenia i znowu zacznę się rozklejać. Wstaję. Ból w kostce uświadamia mi, jak bardzo będę ich opóźniać. Stracimy cenny czas, kiedy będę kuśtykać po nierównym gruncie w lesie. Ale mnie nie zostawią. Tak samo jak ja nie opuściłabym ich. Podnoszę wzrok i od razu dociera do mnie, jaki popełniam tym samym błąd. Na podłodze leżą dwa zakrwawione ciała w białych mundurach. Przestrzelona szyba za nimi rozpadła się na kawałki. Dziwne, że wcześniej nie poczułam przebijającego przez nią wiatru. Albo po prostu nie zwróciłam na niego uwagi. Teraz odczuwam każdy podmuch. Odgarniam z czoła spocone kosmyki i biorę kolejne głębokie wdechy. W pewnym momencie zapominam o wydechach i zaczynam kaszleć. Idiotka.
Z kuchni dobiegają coraz cichsze odgłosy rozmowy. Decyduję się wziąć sprawy w swoje ręce. Głosik rozsądku w głowie (odzywa się chyba pierwszy raz od dawna) mówi mi, że powinniśmy jak najszybciej ruszać. Lepiej, żeby nie wpadli na nasz trop zanim dotrzemy do punktu końcowego: kopalni. Wtedy będzie mi już wszystko jedno czy przeżyję. Teraz muszę. Dla powstania. Nie przypuszczałam, że jestem taka ważna. Tata zażądał naszego bezpieczeństwa, więc musi nas bardzo kochać. Tak bardzo, że stawia sprawy kraju po znakiem zapytania, jeśli nie dotrzemy do niego żywi. Naprawdę czasami go nienawidzę. Zrzucił odpowiedzialnośc na innych! Co oznaczają jego uczucia i nasze życia wobec potęgi wojny?! W czym jesteśmy lepsi od innych uczestników powstania, że to nam przeznaczono przeżycie, a nie innym? Zaczyna się tworzyć hierarchia ważności, co wcale mi się nie podoba. O co właściwie będziemy walczyć? O lepszą przyszłość? Bóg jeden wie, czy będzie lepsza, taka sama, a może nawet gorsza. Ludzie żądni władzy mieszkają w każdym dystrykcie. Czy zapanuje demokracja? Czy wyewoluuje kolejna forma dyktatury? Chyba wybiegam za bardzo w przód. Trzeba sobie zadać podstawowe pytanie. Czy wygramy tę wojnę. Czy mamy na to realne szanse, Nadzieja umiera ostatnia, ale przydałyby mi się też jakieś konkrety, skoro już zaczynam się zastanawiać nad czymś więcej niż własne, nędzne i nic niewarte życie. Bo nie mam wątpliwości, że w tej wielkiej grze takie osoby jak ja czy Brandon tak naprawdę się nie liczą. Jason miał zagwarantować mojej rodzinie bezpieczeństwo, ale to było ponad jego siły. Założę się, że wszyscy przestaną się nami interesować, kiedy tylko zacznie się rebelia. Będą mieli ważniejsze sprawy na głowie. I własne rodziny. O ile przeżyją.
Prostuję zdrętwiałe nogi i podnoszę się do pozycji względnie stojącej. Jak długo tu siedzę? Chyba tracę rachubę czasu. A to nie jest dobry znak.
- Rigley, Brandon, mamo, Rosemary, ogłaszam naradę – krzyczę od progu kuchni i uświadamiam sobie, jak to głupio zabrzmiało. Rig prycha, ale bierze Rose pod rękę i prowadzi do stołu. Piorunuję go wzrokiem. Brat przeciwko mnie, kiedy już zebrałam się do działania? Poza tym, nie mam zamiaru kogokolwiek słuchać. Właściwie podjęłam już decyzję: ruszamy na komisariat, potem do Brandona. Teraz. Nie za godzinę czy dwie. W tej chwili. Wiem, że to nie w porządku w stosunku do Rose, powinna dostać więcej czasu, ale tego nie mamy. Świt coraz bliżej.
Powoli usadawiają się na twardych, dębowych krzesłach. Gapią się na mnie bez słowa. Ich oczy mają wrażenie mówić: „Zwołałaś to śmieszne zebranie, to gadaj.” Nawet Bran do nich dołącza, czym trochę mnie deprymuje. Biorę głęboki wdech i rozpoczynam przemowę. Dziwne, bo nawet się nie zacinam, co zwykle często mi się zdarza. Mówię to, co myślę: że jeśli tam nie dotrzemy, nici z walki. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale zdaje się, zapominają. Dodaję resztę swoich przemyśleń, żeby wywrzeć większe wrażenie.
- Wiem, że nikomu się to nie podoba. Mnie też nie. Ale musimy i koniec. Potem róbcie, co chcecie. Kto idzie ze mną? – kończę.
Teraz patrzą z niedowierzaniem. Brandon ma lekko otwarte usta. Muszę przyznać, że wygląda przy tym niezwykle komicznie. Nie jest mi jednak do śmiechu. Sekundę temu dumna ze swojego nowo odkrytego daru oratorskiego teraz zerkam na twarze bliskich z wyczekiwaniem. A jeśli mnie wyśmieją? Całkiem przestaną traktować poważnie?
- Wszyscy idziemy, skarbie. Dziękuję, że nam to uświadomiłaś – odpowiada mama.
Wstajemy bez słowa i pakujemy niezbędne przedmioty. Środki opatrunkowe, resztę czerstwego chleba z kuchni. Chłopcy poprawiają plecaki, zakładają na głowy hełmy i wychodzimy. Teraz jakoś nie zawracamy sobie głowy sprzątaniem. Bran zajął się wcześniej ukryciem ciał za domem i zasłonięciem rozbitej szyby. Tyle powinno wystarczyć. Dokumenty pozostawił w kieszeniach Strażników. Teraz żałuję, że wzięliśmy poprzednie. To też ludzie. Zasługują na to, by mieć swoją tożsamość. Czuję się, jakbym ich jej pozbawiła.
Kiedy wkraczamy na mniej zarośniętą drogę, nadal nie mam odwagi spojrzeć Rosemary w oczy. Ona by się tak w stosunku do mnie nie zachowała. Nigdy. I mogła spodziewać się po mnie tego samego. Zna mnie. Cóż, też myślałam, że sama siebie niczym nie zaskoczę. Jak bardzo się myliłam. Znów dopadają mnie gorzkie wyrzuty sumienia. Morderczyni. Morderczyni.
Zajęta walką z własną psychiką nie zauważam, kiedy ktoś się ze mną zrównuje. To nie jest trudne, bo zamykam pochód, ledwo kuśtykając na skręconej nodze. Środki przeciwbólowe trochę pomagają, ale i tak tempo jest zabójcze. Mam wrażenie, że wszyscy mają do mnie o to pretensje. I słusznie, sierota ze mnie. Jeśli zdążymy, to chyba stanie się cud.
Odwracam głowę w prawo i widzę Rose. Tak naprawdę spowalniam jeszcze bardziej niż ona. Rig zmierza w jej kierunku, żeby pomóc, ale odprawiam go ręką. Podaję ramię dziewczynie i razem brniemy przez las, prowadząc siebie nawzajem.
- Dziękuję, Sammy – szepcze tak cicho, że nikt nie może jej usłyszeć.
- Ja powinnam przeprosić, nie masz za co dziękować – odpowiadam smutno, zdziwiona jej krótką wypowiedzią.
- Mylisz się. Siedziałam tam zapłakana. Potem wkurzałam się na cały świat...
- Masz prawo... – przerywam jej niezbyt grzecznie.
- Daj mi skończyć. Na osoby, które mnie kochają. Przyszliście po mnie, traciliście czas, żeby mnie stamtąd wyciągnąć, a ja miałam ochotę was wykląć od najgorszych. I zaczęłam. Jesteście moją rodziną. Czy tego chcecie czy nie. To ja przepraszam. To, co powiedziałaś pomogło mi wziąć się w garść. Nienawidzę tych ludzi tak jak wy wszyscy. Z całego serca. Więc, jeśli nie mogę się w żaden sposób przydać to przynajmniej postaram się więcej nie przeszkadzać. I może chociaż w niewielkim stopniu przyczynić się do pomszczenia śmierci mamy.
Nic więcej nie mówię. Rozważam jej słowa jedno po drugim. Jej nienawiść do Kapitolu została spotęgowana przez śmierć matki. Wyciągnęła mylne wnioski, że to oni ją zabili. A ja nie mogę jej wyprowadzić z błędu. Nie chcę dokładać jej większego ciężaru na barki. Już i tak musi w milczeniu dźwigać żałobę po jedynej prawdziwej rodzinie, jaką znała. Ta jej pokora też daje mi do myślenia. Nie potrafię taka być. Kolejna z moich licznych wad.
- Moi drodzy, chyba musimy trochę zmienić dekorację – oznajmia Rigley. O co mu tym razem chodzi? To jego czarne poczucie humoru chwilami doprowadza do szału. Ale mnie też trzymają się dziwne żarty. Podnoszę wzrok i już wiem. Dochodzimy do głównej drogi. To oznacza, że maszerujemy dobrą godzinę. A może nawet więcej. Tu może być pełno Strażników, a my wcale nie wyglądamy na więźniów. Bran podchodzi do mnie i z bólem w oczach zapina kajdanki na nadgarstkach.
- Przepraszam – szepcze.
Kręcę głową. Nie ma za co, to część planu. Następnie przychodzi kolej Rose. Nie może iść sama, ktoś musi jej pomagać, a stróż prawa prowadzący niewidomą z wielką ostrożnością bez wątpienia wzbudziłby podejrzenia innych. A tego nie chcemy. Ruszamy przed siebie w milczeniu, starając się zachowywać normalnie, kiedy powoli docieramy do centrum. Normalnie, czyli jak więźniowie. Pomagamy sobie nawzajem z Rosemary. Ja wskazuję drogę, ona podtrzymuje mnie ręką, kiedy ból nogi przybiera na sile na nierównościach i dziurach nienaprawianej od lat drogi. Krok za krokiem. Krok. I kolejny. Byle do komisariatu. Potem do domu Brana. I do kopalni. I byle do wojny. Chore, że z utęsknieniem wyczekuję momentu, w którym dotrę do taty, mimo że wtedy czekają nas zapewne krwawe walki z Kapitolem. Ludzie poniosą śmierć. Ale ilu? Dziesiątki? Setki? Tysiące?

Mijając kolejne białe postacie staramy się jak najbardziej wtopić otoczenie. Trudne, bo jesteśmy jedynymi cywilami na ulicy. Kilku Strażników pyta o coś Brandona i Rigley’a. Prawie staje mi serce, ale nie orientują się. Wszystko idzie jak po maśle. „Cisza przed burzą” – przychodzi mi do głowy, kiedy wyrasta przed nami odrapany budynek komisariatu z zardzewiałą syreną na dachu.

6 komentarzy:

  1. No nareszcie doczekałam się tego rozdziału! Zanim podam mocne strony tej części, najpierw o tych słabych, ale wiele ich nie ma:
    "Słowa wylewają się z NIEJ potokiem, zaskakując mnie z każdym kolejnym.(...) Że jestem dla NIEJ jak siostra, której nigdy nie miała."
    Wyrzuciłabym w tym drugim zdaniu "dla niej" i wtedy nie byłoby powtórzenia, a zarazem przekaz byłby zrozumiały.
    Jeszcze o dialogach, bo w tej kwestii już się upewniłam. Pozwolę pożyczyć sobie przykład z twojego opowiadania:
    " - Rose proszę, zrozum. Z mojego powodu zginęło dziś za dużo osób - słowa wydostają się z moich ust w niekontrolowany sposób. Pewnie będę ich później żałować. Jak zwykle - Nie chcę, żeby ta liczba się powiększyła.
    Jeśli mamy sytuację, gdy po słowach wypowiedzianych przez bohatera, po myślniku nie ma słów typu: powiedziała, oznajmiła, zapytała itd. to przed myślnikiem powinno pisać się kropkę. Dalej jeśli po myślniku wypisujesz te kolejne czynności, jakie wykonywała postać, a potem dalej kontynuujesz jej wypowiedź, to na końcu, przed myślnikiem powinno pisać się kropkę.
    Inna sytuacja jest tu, ale widzę, że w takim przyapadku jest już ok.
    "- Przepraszam – szepcze."
    Dobra, kończę ten wywód na temat znaków i teraz o tym, co mi się podobało.
    Wiesz, że piszesz genialne opis uczuć? Strasznie mi się podobają, bo odzwierciedlają doznania, jakich faktycznie doznaje w sobie człowiek. Do tego strasznie szkoda mi Rose. Nie dość, że ma w życiu pod górkę, to jeszcze ta śmierć matki... Jednak najbardziej ciekawi mnie, co się wydarzy w budynku komisariatu. ^^ Pisz szybko następny!
    Pozdrawiam i życzę weny! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uwagi i wyczerpujący komentarz, zwrócę na to uwagę, pisząc kolejne rozdziały :)

      Usuń
  2. Rozdział świetny, zresztą jak każdy poprzedni. Czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nasza mała Samanta zaczyna się powoli zmieniać:D Czekam na ciąg dalszy
    jeszcze komisariat i dom Brandoma, jestem ciekawa co do tego wymyślisz ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z Grant, że bardzo fajnie ci wychodzi oddawanie emocji. Nie wiem czy przypadkiem nie pomyliłam postaci, ale chyba Rose jest niewidoma, nie? W tym przypadku zwrot 'spoglądam jej w oczy' jest trochę dziwny. Ale jeśli się mylę to nie ważne. Bardzo mi się podoba końcówka. ^^ Widzę, że fabuła coraz bardziej się rozkręca <3 Prosze nie każ nam czekać na następny rozdział tyle co na ten ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz zdarzają Ci się powtórzenia np: "Najpierw jedna, którą staram się zatrzymać. Potem wymyka się druga, trzecia, a kolejnych nawet nie staram się kontrolować." - Dwa razy pod rząd "staram się". Jeśli chodzi o krytykę to wszystko.
    Co do całości... Przeczytałam te rozdziały bardzo szybko. Fabuła jest interesująca i wciąga czytelnika w swój świat niczym wir wodny, a żeby się z niego uwolnić trzeba wstrzymać oddech i zejść na sam dół, gdzie prąd jest najsłabszy. W Twoim przypadku należy po prostu przeczytać całość, aż do ostatniego postu, gdzie pozostaje jedynie niedosyt:3
    Reasumując; podoba mi się Twój styl, zamierzam śledzić. ^^

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)