Rozdział XIV

Znikają w cieniu domu. Kuśtykam powoli przed siebie. Poradzą sobie beze mnie. Jestem w tym momencie bezużyteczna. Chyba zawsze byłam. Unoszę głowę i spoglądam na białe, kłębiaste obłoki na błękitnym niebie. Jest takie piękne. Takie niewinne. Takie czyste w porównaniu ze światem rozpościerającym się pod nim. Brudnym i spływającym ciemnoczerwoną krwią. Coś za często nachodzi mnie na poważne refleksje. To chyba wina sytuacji, ale mam wrażenie, że już nic nie jest takie, jak dwa dni temu. Że nawet ziemia ma inny kolor. Jest bardziej szara niż zwykle. Zamykam oczy i delektuję się dotykiem ciepłych promieni słońca na twarzy. To się nie zmienia. Nigdy. Orientuję się, że stoję w miejscu, nie posuwam się już do przodu. Wzruszam ramionami. Słyszę chrzęst piachu przed sobą. Spuszczam głowę i widzę przed sobą Brandona. Zatrzymuje się metr ode mnie i uważnie obserwuje.
- Mam coś na twarzy czy jak? - pytam, siląc się na żart. Atmosfera jest zbyt napięta. Wyraźnie odciska na nas piętno.
Wymuszenie unosi kąciki ust, ale daleko mu do uśmiechu. Wydaje mi się, że postarzał się o kilka lat w ciągu tego dnia. Wszyscy się postarzeliśmy. Patrzy nadal. Nie umiem odgadnąć o czym w tej chwili myśli. Potrafię tylko gapić się w jego duże, brązowe oczy ocienione długimi, czarnymi rzęsami. Przymyka powieki, jakby chciał się na czymś skupić. Ściąga z głowy hełm spod którego wyłaniają się poplątane, również ciemnobrązowe włosy. Przygładza je ręką z roztargnieniem. Z miernym skutkiem. Nadal sterczą na wszystkie strony. W innej sytuacji, w innym świecie uznałabym to za urocze. Rejestruję każdy najmniejszy gest starając się go rozgryźć. Dlaczego nic nie mówi? Lubię ciszę, ale ta jest niezręczna. Zmarszczka na jego czole świadczy o tym, że coś rozważa. Czekam. I czekam. W końcu nie wytrzymuję i mówię, może trochę zbyt ostro:
- Będziemy tu tak sterczeć i się na siebie gapić czy zrobimy coś konkretnego?
Otwiera szeroko oczy.
- Słucham? - pyta rozkojarzony. Przerwałam mu tok myślowy.
- Czy masz zamiar coś teraz zrobić czy marnować czas i gapić się przed siebie.
Nie wiem, dlaczego tak reaguję. Właściwie nic mi nie zrobił. A ja prawie krzyczę.
Pokonuje dzielącą nas odległość jednym krokiem i ujmuje moją twarz w dłonie.
- Przepraszam - mówi cicho, aksamitnym głosem, od którego przechodzą mnie ciarki.
Wiem, o co mu chodzi. Nagle wszystko staje się jasne. Nieuzasadniona złość odpływa ode mnie. Potrafię czuć tylko ciepły dotyk palców na policzkach. Zapominam o okrucieństwie świata, krwi i śmierci. Postanawiam cieszyć się krótką chwilą szczęścia. Nie wiem ile takich jeszcze przede mną. Nie. Egoistka ze mnie. Przed nami. O ile "my" w ogóle istniejemy. Nie miałam czasu poukładać swoich uczuć. Czy kiedykolwiek zdołam dojść z nimi do ładu?
- Jak się trzymasz? - pyta, sprowadzając moje myśli na temat, od którego tak bardzo staram się uciec.
- Nie mówmy o tym. - Spuszczam wzrok. Boję się popatrzeć mu w twarz.
Długie westchnięcie ma informować, że się o mnie martwi. Nie chcę tego. Mam być silna i wykonać zadanie.
- Nie przejmuj się mną. Już jest dobrze - kłamię bez przekonania. Im dłużej nie potrafię spojrzeć mu w oczy, tym mniej wiarygodna się staję. Zanim zdążę podnieść głowę, odpowiada ze smutkiem:
- Nie wierzę ci. Ale skoro nie chcesz o tym rozmawiać... Trudno. O co mnie wcześniej pytałaś?
Ja? Znowu mam problem z koncentracją. Przydałaby mi się kawa. Albo nawet dwie. Pytanie... Pytanie... No tak, pytanie. Właściwie lekki wybuch złości.
- Będziemy tu tak sterczeć i się na siebie gapić czy zrobimy coś konkretnego? - powtarzam znudzonym głosem ze wzrokiem wbitym w jego klatkę piersiową.
Znów nie odpowiada. Unosi moją brodę i całuje mnie. Trzeci raz, a ja po raz kolejny przeżywam mały szok. Syndrom samotnej szesnastolatki. Co dziwne, nieuporządkowane uczucia nie przeszkadzają mi teraz w niczym. Słodka chwila zapomnienia. Szkoda, że taka krótka.
- Wystarczająco konkretne? - pyta z ustami przy moich.
- Próbuj dalej. - Odpowiadam najszczerszym uśmiechem, na jaki mnie stać, odwracając się na pięcie. Odwzajemnia się tym samym.
Staram się iść przed siebie, ale zupełnie zapominam o kontuzjowanej nodze i o mało się nie przewracam. Łapie mnie i podnosi w górę.
- Już nigdy mi nie uciekniesz.
Gdyby powiedział to dzień wcześniej, byłabym pewna, że mówi o naszej dwuletniej przerwie w znajomości. Jeśli mogę to tak określić. Jego słowa sięgają jednak głębiej, o czym świadczy powaga w błyszczących, brązowych oczach. Chodzi o to, co nas spotka. Wojny rozdzialają rodziny, przyjaciół... A Bran właśnie dał nam obojgu do zrozumienia, że na to nie pozwoli. Że zostaniemy razem. Na zawsze. Wewnętrzna egoistka skacze z radości.
Ciągle tracimy cenne minuty. Tata. Kopalnia.
- Mógłbyś mnie postawić? – pytam z nutą irytacji w głosie. Muszę odchrząknąć, z tego wszystkiego dostałam chrypki.
Kręci głową.
- Co ci się stało w nogę?
- Przewróciłam się, kiedy... Kiedy uciekałam przed Rig'iem - mówię ze wstydem. Cały czas mi głupio z powodu ataku paniki.
- Nie dojdziesz do środka. Co mi tam, zaniosę cię.
Nie. Wiem, że zachowuję się jak uparte dziecko. Ale i tak próbuję się wyrwać. Dla zasady. Żeby postawić na swoim.
- Jak chcesz - oznajmia, przerzucając mnie sobie przez ramię.
To już trzeci raz dzisiaj. Zaczynam się przyzwyczajać do tej niewygodnej pozycji. Czuję się jak worek ziemniaków. Jeżeli ziemniaki w ogóle interesuje, co się z nimi dzieje. Przerywam te, jakże ambitne, myśli.
- Jak mama?
Muszę wiedzieć. Nie zniosę świadomości, że jest w takim stanie jak ja. Mój osobisty autorytet przez te wszystkie lata nie może się ot tak załamać. Jest filarem rodziny, trzyma ją w całości i nie pozwala się rozpaść. Nawet bardziej niż tata. I znów pesymistyczne myśli.
Czuję jak chłopak sztywnieje.
- Zachowuje się normalnie. Aż za normalnie.
Za normalnie. Zaraz sama się przekonam. Kiedy przechodzimy przez próg, niepotrzebnie się prostuję i uderzam głową w futrynę. Sierota. Potwierdza to chwilowe rozmycie obrazu przed oczami i uczucie pękającej czaszki. Chłopak zaczyna się donośnie śmiać. Dźwięk rozchodzi się po cichym wnętrzu, zapewne zadziwiając pozostałych. Walę go ręką w plecy, żeby się uspokoił. Przecież Rose może właśnie dowiadywać się o śmierci matki. Samobójczej. Chyba Bran też o tym myśli, bo natychmiast się uspokaja. Pocieram ręką obolałą głowę, wyczuwając sporego guza. Zaczynam powoli wyglądać jak weteran. Albo niezdara. Raczej to drugie.
Wnosi mnie po schodach mimo wyraźnych protestów. Stawia dopiero, kiedy pokonuje ostatni, skrzypiący ze starości stopień. W pokoju przed nami ktoś uchyla drzwi. To mama. Zza niej dochodzą szepty Riga. Gestem zaprasza nas do środka. Wygląda zaskakująco dobrze. Trzeźwo i twardo spogląda przed siebie. Zazdroszczę jej spokoju. Chociaż czasem pozory mylą. Mijamy ją. Nie wiem, czy mam podejść do pary siedzącej na łóżku. Nie chcę im przeszkadzać, chociaż właściwie nawet nie rozmawiają. Rose kładzie głowę na ramieniu Riga i delikatnie się uśmiecha. Bardzo mnie tym zadziwia.
- Sammy? Brandon? - pyta, kiedy przestępuję z nogi na nogę, powodując jęk zbyt wyeksploatowanej podłogi.
- Tak, Rose. Jesteśmy już wszyscy – mówię, przełykając kluchę w gardle.
- A mama? Znaleźliście ją? – dopytuje z nadzieją w głosie, kierując twarz w moją stronę.
Kręcę głową, choć nie może tego zobaczyć. Patrzę na Rigley'a. Nie wyzna jej prawdy.
- Sam?
Daję mu znak, że to jednak jego zadanie. Jest najbliższą osobą, jaką teraz ma. Spogląda mi w oczy z bezsilnością. Nie potrafię mu pomóc. Zaciska powieki i zaczyna.
- Skarbie, chyba musimy porozmawiać.
Bierze ją za rękę i szepcze coś do ucha. Rosemary zaczyna drżeć. Nie może nic powiedzieć. Pozostała trójka zgodnie wycofuje się na korytarz. Prawie zaczynam płakać. Gdybym straciła mamę...
- Sam, chodź. Przemyjemy to i zajmiemy się twoją nogą - proponuje Bran. Słyszę, że też ma gulę w gardle.
Mama pyta, co się stało, więc z niemałym wstydem opisuję sytuację, zeskakując stopień po stopniu w dół. Tym razem nie daję się nieść. Duma mi nie pozwala. A tam nie chcę zostać. Zasługują na chwilę prywatności. Szczególnie w takiej sytuacji. Nie wiem, jakbym się czuła, gdyby to była moja... Lepiej tak nie myśleć. Lepiej się trzymać. Mam być twarda. I kropka.
Doczłapuję się do niewielkiej kuchni. Dom Rose jest mniejszy od naszego i zdecydowanie mniej zadbany. Nic dziwnego, żyją z tak szumnie nazywanego zasiłku Rosemary (wystarcza na jedzenie dla jednej osoby na tydzień, zamiast miesiąc, nie wspominając o innych podstawowych potrzebach) i niewielkiej nauczycielskiej pensji. Ciekawe, co powiedzą dzieciom w młodszych klasach w poniedziałek. Że ich pani jest chora? Zniknęła? Nie. Nikt nie pójdzie do szkoły. Będzie wojna. A nawet, jeśli kiedyś do niej wrócimy, nastaną inne czasy. Lepsze bądź gorsze. To zależy teraz od naszej wytrwałości. I siły. A potęga Kapitolu owiana jest wieloma mglistymi legendami.
- Samantha. - Macha mi przed twarzą Bran. - Jesteś tu?
Próbuje się uśmiechnąć, ale znowu mu nie wychodzi. A ja po raz kolejny się zamyśliłam i uciekłam od rzeczywistości.
Bez pytania i ku mojemu zaskoczeniu chwyta mnie w pasie i sadza na blacie koło zlewu. Podwija podarty rękaw bluzki i zaczyna oceniać stan obrażeń ręki.
- Trochę się poobcierałaś, ale zaraz coś z tym zrobimy. - Sili się na wesoły ton. Jakby mówił do rannego zwierzęcia albo dziecka. Nie podoba mi się to. Rzucam mu spojrzenie z ukosa. Żałuję tego, kiedy jego twarz tężeje i zamienia się w obojętną maskę. Patrzy mi przez chwilę w oczy po czym spuszcza wzrok i zajmuje się przemywaniem sieci czerwonych otarć i plamek na prawym przedramieniu. Nie wyrywam się. Wiem, że postępuje słusznie, chroni mnie przed zakażeniem, chociaż jest mało groźne przy lekko zdartej skórze. Nauczyliśmy się jednak przez lata, że tak może się zacząć. A skończyć tragedią. Jak u brata Brandona.
To się stało trzy lata temu. W jego dziewiąte urodziny. Nadział się dłonią na pręt w ruinach starego zakładu przetwórstwa grafitu, a że wchodzenie tam jest surowo zakazane i karane przez Strażników chłostą całej rodziny, nikomu się nie przyznał. Potem stopniowo czuł się coraz gorzej. Kapitoliński lekarz zarządał astronomicznej kwoty za wizytę, ponieważ był w konflikcie z ich rodziną. Nie wiem, o co chodziło. Nie pomógł. Nie mieli na tyle pieniędzy. My też nie. Mały nie pokazywał rany, nikt nie mógł wyciągnąć, czy coś mu się stało. W końcu się przyznał. Ale było już za późno. Nic nie dało się zrobić. Matthew zmarł, nie zaznawszy dorosłości. Jeśli ktoś nie znał Brandona, mogło mu się wydawać, że śmierć brata nie pozostawiła na nim żadnych blizn. Przede mną też ukrywał prawdę, czego przez długi czas nie potrafiłam mu wybaczyć. Wyrzuty sumienia. Nieuzasadnione. Twierdził (i twierdzi?), że to jemu Matt ufał najbardziej, że to właśnie on mógł wyciągnąć prawdę wcześniej. Pomóc. Jak nikt inny. Zanim jego mały braciszek odszedł na zawsze do krainy oddzielonej nieprzekraczalną dla żywych kurtyną. Czasem, kiedy siadaliśmy wieczorem nad brzegiem jeziora, patrzył przed siebie zaszklonymi oczami, a kiedy orientował się, że zauważam nieuwolnione łzy, szybko się uśmiechał i obracał wszystko w żart. Chyba chciał udowodnić wszystkim, że potrafi z tym żyć. Akurat. Zawsze najtrudniej przychodzi przekonanie samego siebie. Stał się jeszcze bardziej opiekuńczy, czasem aż do przesady. Teraz mnie to zirytowało. Ale wynikało z jego niezabliźnionej rany. Która chyba nigdy się nie zagoi.
Nie zważając na stojącą obok mamę, kładę mu rękę na policzku, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. Nic nie mówię. Wie, że chcę przeprosić. Całuję go w usta, rozpływając się w ich ciepłym dotyku. Zamykam oczy, chcąc zapomnieć o paskudnym świecie. Zatracić w pocałunku i zniknąć na zawsze. Przerywa nam wymowne chrząknięcie mamy. O niej też zapomniałam. Z zarumienionymi policzkami spoglądam w kierunku twarzy rodzicielki. Widzę, że się uśmiecha. Bran wraca do usuwania piasku z zadrapań. Jego miękkie opuszki przesuwają się po mojej skórze. Działają na mnie niemal kojąco. Po chwili opuszcza rękaw w dół. Mam wrażenie, że zostawił na przedramieniu sieć drobniutkich, niewidzialnych linii. Skóra w tych miejscach jest gorąca i nie ma to nic wspólnego ze spirytusem, który ją podrażnił. To o wiele przyjemniejsze. Sprawdza kości nadgarstka. Przy silniejszym naciśnięciu na mojej twarzy pojawia się grymas bólu.
- Zacząć od dobrej czy złej wiadomości? - odzywa się w końcu.
Wzruszam ramionami.
- Złej - wtrąca się mama. Pesymistka. Taka sama jak i ja.
- Zwichnęła nadgarstek.
- Tragedią bym tego nie nazwała - mówię, przewracając oczami. - A ta dobra?
- Że nie jest złamany.
Nieoczekiwanie parskam śmiechem. Ale mi pocieszenie.
- Wie pani, gdzie trzymają bandaże? – pyta. Praktyczny jak zawsze.
Znów przewracam oczami. Trochę za bardzo się przejmuje. Siedzę jednak cierpliwie, kiedy wyciąga apteczkę z szafki kuchennej i ciasno obwija mi rękę. Mam wrażenie, że krew będzie miała pewne problemy z dotarciem do końców palców przez taką zaporę, ale się nie sprzeciwiam. Zna się na tym lepiej. Poza tym... Co mi tam? Jedna ręka w tę, jedna we w tę? Po co mi dwie? Znowu prawie zaczynam się śmiać z nieco makabrycznego żartu. Coraz gorzej, coraz gorzej. Ha. Ha. Ha. Zabawne to to nie jest. Ani trochę.
Kończy i przechodzi do kostki. Delikatnie ściąga mi but i skarpetkę. Jego palce łaskoczą mnie w stopę. Wie o tym, więc celowo dłużej przesuwa opuszkami po podeszwie. Z trudem się hamuję. Po chwili przybiera poważny wyraz twarzy i delikatnie bada staw. Nie da się ukryć, że boli o wiele bardziej niż ręka. Mimo starań Brana krzywię się.
- Zwichnięta, ale poważniej niż nadgarstek. Powiedziałbym, że powinnaś iść do lekarza, ale jak na złość żadnego nie widać. Muszę wystarczyć - sili się na humor. Doceniam jego starania. Uśmiecham się sztucznie, bo wcale nie mam na to ochoty. I znów ta myśl, że zasługuję na każdy ból, jaki mnie spotka. Morderczyni. Morderczyni. Zaciskam palce na blacie i wciągam duży haust powietrza. Tata. Kopalnia. Siła. Przeżycie. Ignoruję zaniepokojone spojrzenie przyjaciela.
- Będę musiał usztywnić.
- Na co czekasz
Wywraca oczami.
- Na gips? - kontynuuję. - Nie znajdziesz tu. Musi wystarczyć bandaż i kawałek... - Staram się
odciągnąć swoje myśli od dręczących tematów.
- Drewnianej łyżki? - podsuwa mama. Nie ma doświadczenia medycznego. Tylko praktyczne.
Z jej pomocą zakłada prowizoryczne usztywnienie. Chyba działa, bo nie mogę poruszać stopą. Na tym to powinno polegać. Podają mi jakieś tabletki przeciwbólowe, które przyjmuję z niemałym oporem. Mogą się przydać później. Komuś bardziej potrzebującemu. Cierpiącemu męki. Morderczyni. Morderczyni. Popijam je szklanką wody i czekam aż dotrą do żołądka. Pustego. To chyba nie był dobry pomysł. Teraz już za późno. Nie udaje im się powstrzymać mnie od wstania.
- Musimy coś ustalić - zaczynam, kiedy drzwi do kuchni otwierają się i pojawia się w nich Rosemary. Za nią staje Rigley. Zaciska drżące ręce na jej szczupłych ramionach. Na nim też odbija się stres całego dnia.
- Nie wierzę. Chcę jej dotknąć. Przekonać się - mówi zdecydowanym tonem dziewczyna, wbijając w nas swoje niewidzące oczy.

"Tylko nie to" - odpowiadam w myślach, ale chyba nie mam większego wyboru w tej kwestii.

17 komentarzy:

  1. Świetne, jak poprzednie części *.* Nie rozumiem tylko, czemu ona chce jej dotknąć :o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3 A co do opowiedzi na Twoje pytanie: miało być zobaczyć, ale musiałam zmienić, bo ona jest niewidoma, a chce się sama przekonać, że matka nie żyje ;)

      Usuń
  2. Jak zawsze wciągające i porywające ^^
    Nie mogę się doczekać następnego :)
    Pozdrawiam
    PS: 7 rozdział na szosty-dystrykt

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapraszam na 8 rozdział na szosty-dystrykt
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czuję się jak worek ziemniaków. Jeżeli ziemniaki w ogóle interesuje, co się z nimi dzieje. Przerywam te, jakże ambitne, myśli. - coraz bardziej lubię twój styl pisania ^^
    Ogółem coraz lepiej ^^
    Kiedy coś więcej? <3
    Zapraszam do siebie, bo nie pamiętam czy już czytałaś 6 rozdział

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam *_______*
    Kiedy następny rozdział? c:
    + mam pytanie... jak ' ukryłaś posty' ? c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następny... Hmm... Może jutro? ;)
      Przeciąga się strony do ukrytych i już ich nie ma w zakładkach na górze :) (bo u mnie każdy rozdział to nowa strona ;) Mam nadzieję, że pomogłam :3

      Usuń
  6. świetne, naprawdę świetne. kocham twoje opowiadanie i Ciebie też. ♥ może powinnaś napisać książkę. kupiłabym. ♥ a potem na jej podstawie powstałby film. genialne. ♥ kiedy następny rozdział ? nie mogę się doczekać. ♥

    + "Poza tym... Co mi tam? Jedna ręka w tę, jedna we w tę? Po co mi dwie?" hahahahahahahah . ♥ rozwaliło mnie to.

    OdpowiedzUsuń
  7. streszczaj sie bo juz dawno nie było nic nowego a sie wkrecilam w to opowiadanie :) PR. Zaprasz na dreamless-in-the-moonlight.blogspot.com bo teraz tan bede pisała :d

    OdpowiedzUsuń
  8. blog jest świetny, super, że masz tylu stałych czytelników i gratuluję ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Czekam, czekam i nie mogę się doczekać tej kolejnej części ;3

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeeah, aj lajk it!
    Wreszcie skończyłam ten rozdział, po czym doszło do mnie, że już go czytałam. Cała ja.
    No to tak. Super pomysł, bo dotąd nie widziałam żadnego sensownego polskiego ff o wojnie. + for you.
    Główna bohaterka trochę irytuje mnie swoją słabością, ale z drugiej strony to dobrze, bo nie jest przynajmniej idealną Mary Sue. Genialnie piszesz, utrzymując klimat Igrzysk. Kolejny + for you.
    Co by tu jeszcze pisać? Masz cudne, naturalne dialogi, bardzo dobrze kreujesz postaci... No, to chyba wszystko. Idę coś jeszcze napisać na forum. xD

    OdpowiedzUsuń
  11. u mnie druga część 6 rozdziału. Zapraszam :) PR. Kiedy coś nowego u ciebie? X3

    OdpowiedzUsuń
  12. świetne:D właśnie przeczytałam wszystko.
    Kocham Igrzyska Śmierci a to idealnie wpasowuje się w klimat.
    Bardzo dobrze, że Sam ma słabości! Jest taka realistyczna, sama bym miała takie przemyślenia przez cały czas, przynajmniej tak myślę.
    Z tą ręką czy ziemniakami to mnie rozwaliło, normalnie kocham ten styl pisania. Postacie świetnie kierowane, naprawdę mogłabyś napisać książkę, jak napisał ktoś na górze komentarz. Gdyby wyszedł z tym film na pewno bym obejrzała i nawet nie wątpię w to, że byłby to mój ulubiony film wojenny;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Kiedy kolejny rozdział?

      Usuń
    2. Miło mi, że tak pozytywnie oceniacie mój tekst. Przed "Wojną Panem" raczej nie publikowałam, pisałam do szuflady ;) Wydanie książki byłoby czymś wspaniałym, do tego potrzeba umiejętności i dużej wyobraźni, mam nadzieję, że kiedyś mi się uda :) Mam nadzieję, że Wasze opinie są szczere. I przepraszam, że tak długo nic nie dodaję. Mam już napisany kolejny i jeszcze trochę, wstawię napewno <3

      Usuń
    3. To świetnie, nie mogę się doczekać kiedy wstawisz:)
      Cóż moje na pewno są szczere, uważam że reszty też;)
      jeśli wydasz książkę poinformuj o tytule, na pewno kupie;)

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)