Rozdział XIII

Znów nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Muszę przestać zachowywać się jak ofiara. Kolejne małe zadanie. Krok po kroku dotrę wreszcie do celu. Tylko trzeba go najpierw znaleźć. Jak na razie idę przed siebie. Po prostu. Nie mam, pojęcia dokąd zaprowadzi moje postępowanie. Oby jak najdalej od zabijania.
Skręcamy w prawo, coraz bardziej zagłębiając się w las. Do domu Rosemary i jej mamy prowadzi mało wydeptana ścieżka. Chwilami musimy się schylać, by nie zahaczać głowami o nisko zwieszające się gałęzie świerków. Otacza nas ich zapach. Kojący i piękny. Niedaleko stąd ścinaliśmy choinkę ostatniej Wigilii. Rigley paskudnie skaleczył się wtedy siekierą w rękę i połowę świąt spędziliśmy w szpitalu. Ale za to mieliśmy w domu naprawdę ładne drzewko.
Dróżka rozszerza się, co oznacza, że za około sto metrów znajdziemy się na podwórku Crillwornów. Ustaliliśmy, że ja i mama zostaniemy w lesie, żeby nie wzbudzać podejrzeń a Rig i Brandon zastrzelą Strażników. Nie od razu, najpierw jeden wejdzie do domu i spróbuje z nimi porozmawiać. A właściwie odciągnąć od nich kobiety. Widzę wahanie w ich oczach, kiedy się rozdzielamy. Nie chcę, żeby czuli się tak jak ja do końca życia. Oni muszą się trzymać. Jeżeli Bran się załamie... Jeżeli nie będę potrafiła spojrzeć mu w twarz, zachowywać się tak samo, wszystko się zmieni. Niedawno go odzyskałam, teraz nie chcę tracić. Wołam ich cicho, podchodzę i przytulam obu na raz. Ta misja nie jest bezpieczna. Znajdujemy się tuż przy domu, ukryci za drzewami. Powinniśmy się spieszyć. Do świtu coraz bliżej.
- Uważajcie na siebie. I obiecajcie, że wrócicie - szepczę.
Czuję, jak któryś całuje mnie w czubek głowy. Odsuwamy się od siebie. Posyłają mi pocieszające uśmiechy, odwracają się i żołnierskim krokiem kierują na pozycje. To tyle, jeśli chodzi o nieodgrywanie ofiary. Czuję jak znów zaczynają mi się trząść kolana. Jestem słaba. Za słaba na wojnę. Siadam na powalonym pniu i podpieram głowę rękoma. Szybko jednak wstaję i przysuwam się bliżej linii drzew. Znajduję lukę, przez którą wszystko dokładnie widzę. Mama próbuje mnie powstrzymać, obie doskonale zdajemy sobie sprawę, że nie powinnam tego oglądać. Wiem. Ale coś każe mi zostać w tym miejscu. Właściwie gorzej nie mogę się już czuć. Stoimy ukryte w gąszczu roślin, obserwując rozwój wydarzeń. Rigley wchodzi sam do domu. Zaczyna rozmawiać ze Strażnikami, nie słyszę, o czym. Tego nie opracowaliśmy. Kolejna luka w planie. Brandon ustawia się dwadzieścia metrów przed nami, na wprost okna kuchennego. Mężczyźni stoją do niego tyłem. Rose i pani Glorii nigdzie nie ma. Mam nadzieję, że obie są całe. Nie. Że żyją. Potem wszystko dzieje się szybko. Za szybko. Jakby ktoś przewijał film. Dziwne uczucie. Rigley chwyta jednego z mężczyzn i sprawnym ruchem przystawia mu broń do skroni. Drugi wyciąga swoją i mierzy w mojego brata. Trzęsę się, poci mi się chyba każda możliwa część ciała. A jeśli bez mrugnięcia okiem zastrzeli... Teraz Brandon unosi pistolet i podchodzi do okna. Nadal go nie widzą. Jego zadanie polega na zabiciu najbliższego, tego mierzącego do Riga. Drżą mu dłonie. Rigley patrzy na niego znacząco, ale niemal z błaganiem. Wiem, że tego nie zrobi. Mój przyjaciel nie uśmierci tego człowieka. Uświadamiam to sobie w momencie, w którym mama wychodzi z ukrycia.
Przez kilka sekund jestem w szoku. Co jej odbiło?! Tak bardzo pragnie swojej śmierci?! Jak może?! Chce zniszczyć plan?! Wtedy zabiją wszystkich! Wbrew wszelkiemu bezpieczeństwu i instynktowi samozachowawczemu przez chwilę chcę wybiec za nią. Ale znów czuję się jak sparaliżowana. Jak wmurowana w pachnącą, szeleszczącą ściółkę.
Podchodzi do Brandona i wyciąga pistolet z jego ręki. Słyszę jak każe mu wracać do mnie. Wahanie na twarzy pomieszane z bezbrzeżnym przerażeniem sprawia, że boję się jeszcze bardziej. Trwa to ułamek sekundy. Potem rozlega się seria strzałów. Pierwszy oddaje mama. Widzę roztrzaskującą się szybę i kulę przebijającą pierś Strażnika. Potem Rigley naciska spust. Osuwam się na ziemię. Klęczę, łapiąc garście igliwia i cicho łkając. Nie wiem, co się dzieje. Ze mną. Z nimi. Nie chcę wiedzieć. Obok siada Bran. Słyszę jego urywany oddech.
- Ja... Nie mogłem... Po prostu... Myślałem, że potrafię, ale... To takie trudne. Z resztą ty wiesz. Gdyby nie twoja mama, oni wszyscy by zginęli. Przeze mnie.
Przysuwam się do niego. Przytula mnie. Trzęsie się jeszcze bardziej niż ja. Jego klatka piersiowa unosi się i opada gwałtownie, w szybkim tempie. Jasne, że go rozumiem. Jesteśmy tylko dziećmi. A to byłoby zabójstwo z zimną krwią. Aż za dobrze wiem, co czuje. Więc mówię to, co podpowiada mi serce. Szczerość zawsze była moją mocną stroną.
- Uwierz mi, gdybyś strzelił, nie wybaczyłbyś sobie do końca życia. Kiedy zamknąłbyś oczy, widziałbyś jego twarz. Czułbyś się jak potwór, jak morderca. Więc dobrze, że tego nie zrobiłeś.
- Następnym razem się nie zawaham, wiem to. Nie mam pojęcia skąd, ale tak czuję. Na wojnie nie powinno być litości - mówi bez przekonania łamiącym się głosem.
Ma trochę racji. Trochę. Nie znam się na wojnie. Nie umiem zachować zimnej krwi. Nie wiem, skąd w mojej mamie taka odwaga. Wcześniej wyglądała jak przestraszony szczeniak, a potem... Silna, pewna swoich czynów kobieta. Niemal jak żołnierz. Zastanawiam się, czy każdą taką akcję będziemy przeżywać w ten sposób. Załamywać się, kłaść na ziemi i płakać. A miałam nie zachowywać się jak ofiara. Muszę znaleźć jakąś mobilizację. Dopóki Brandon się trzyma, jest dobrze. Na razie. Biorę głęboki wdech (ale nie za głęboki, hiperwentylacja niewskazana) i staram się pozbierać. Myślę o tacie. Wyobrażam sobie jego twarz, kiedy mówił, że jest ze mnie dumny. Czeka na nas. Musimy to załatwić szybko. Muszę wstać. Muszę tam iść. Muszę im pomóc. Jeśli mogę. Nie! Mogę. Muszę przeżyć. I go nie zawieść. Choć chyba już to zrobiłam. Morderczyni. Morderczyni... Nie będę teraz o tym myśleć. Punkt pierwszy: wstać. Delikatnie (i niechętnie) wyplątuję się z objęć Brandona. Poczucie bezpieczeństwa na chwilę znika. Wdech i wydech. Wdech i wydech. Wdech. Wydech. Teraz wstać. Podpieram się rękoma, wbijając przy tym kilka sosnowych igieł w dłonie. Ten lekki ból jest jedną z najbardziej realnych, zwykłych rzeczy, które poczułam od rana. Prawie się z niego cieszę. Wariatka. Podnoszę się ze ściółki i wydłubuję nieproszonych gości z rąk. Punkt drugi. Moment. Jaki był punkt drugi? Tak, dłuższy i bardziej skomplikowany: iść do domu, kiedy skończą się strzały. Wsłuchuję się w ciszę po drugiej stronie krzaków. To chyba ten moment. Zupełnie zapominam o Brandonie, przedzieram się na drugą stronę i idę w stronę drzwi. Powoli. Krok za krokiem. Czuję, że dałabym radę pobiec. Problem w tym, że boję się, co zobaczę w środku. Są zamknięte, ale naciśnięcie klamki wystarcza, by dostać się do środka. Lekkie skrzypnięcie sygnalizuje, że nie stąpam już po ziemi, ale wytartym, jasnobrązowym parkiecie. Inaczej nie zwróciłabym na to uwagi. Jeśli Rosemary jest w pobliżu, na pewno mnie usłyszała.
- Mamo? Rig? - zaczynam cicho. Nie wiem, czy to odpowiedzialne. Chociaż Strażnicy mieli marne szanse na przeżycie. Znów wzdrygam się na myśl o czyjejś śmierci. Nie nadaję się na wojnę.
Odpowiada mi cisza. Próbuję jeszcze raz, tym razem trochę głośniej.
- Rigley! Mamo!
Ciężki tupot stóp na górze. Taki dźwięk mogą wydawać tylko buty na grubej, twardej podeszwie. Strażnik. Albo kilku. Sparaliżowana strachem, nie potrafię się poruszyć. Ale co by to dało? Nie mam siły na bieg. Zaraz mogę zginąć. A Brandon? Gdzie jest teraz? Zostawiłam go. W lesie. Nie powinnam była. On by tak nie postąpił. Znowu w nieodpowiednim momencie dociera do mnie, jaką potrafię być egoistką. Stoję. I czekam. Kroki zbliżają się coraz bardziej. Ktoś stara się być ostrożny. Przynajmniej jest sam. Próbuje stąpać delikatnie, ale z mizernym skutkiem. Jaka ja głupia! W tym tępie byłabym już bezpieczna kilkaset metrów dalej. Lepiej późno niż wcale. Tak samo ostrożnie zaczynam się wycofywać. Kroki przyspieszają. Ja też zwiększam tempo stawiania stóp na parkiecie. Czuję się trochę jak na jakimś głupim wyścigu. O przetrwanie. Przystaję na chwilę. Na górze ktoś robi to samo. Od drzwi dzieli mnie zaledwie pół metra. Od krzaków pięćdziesiąt i pół. Zdążę? Brandon ma broń, ja nie. Chociaż to bez znaczenia. Jeśli czai się na mnie wyszkolony Strażnik, nie mam szans dobiec gdziekolwiek. Poza tym i tak bym do niego nie strzeliła. Żywa tarcza. Nie wiem, co z mamą i Rigley'em. Jeśli wszystko byłoby z nimi w porządku, raczej staraliby mi się pomóc. Czyli jednak nie wyszli z tego cało? Widziałam jak mama strzela do Strażnika. Jak kula przebija szybę i leci w jego stronę. Nóż na gardle drugiego. Ale też broń wymierzoną w głowę mojego brata. Czyżby zdążył nacisnąć spust zanim zginął? A może mama chybiła? Czy to oznacza, że już nie żyją, a ja przyszłam tu po to, by podzielić ich los? Zasłużyłam na to. Morderczyni. Morderczyni. Znów słyszę odgłos dochodzący tym razem z około połowy schodów. Zamyśliłam się. Głupia zamyśliłam się akurat w takim momencie! Teraz jestem pewna, że nie zdążę uciec. Mimo tego, kiedy widzę nogi w białym mundurze na stopniach kilka metrów przede mną, odwracam się na pięcie i rwę do przodu. Człowiek w strachu robi niezrozumiałe rzeczy. Jak na złość stawiam stopę pod złym kątem. W momencie, w którym uświadamiam sobie, że upadam, jest już za późno. Towarzyszy mi frustrująca świadomość co się dzieje, jednak nic nie mogę zrobić. Czas reakcji jest za długi. Ułamek sekundy zanim boleśnie stykam się z ziemią ciągnie się w nieskończoność. W bezwarunkowym odruchu wyciągam rękę, żeby się podeprzeć. Kamienie boleśnie wbijają się w tę samą dłoń co wcześniej igły, zdzierając po raz kolejny delikatny naskórek. Nadgarstek wygina się w dziwny sposób, sprawiając wrażenie jakbym złamała jakąś kość. Padam na bok, obcierając odsłonięty łokieć. Wykręcona kostka odmawia posłuszeństwa. Leżę na szarym piasku, czując pieczenie w lewej ręce. Podciągam nogi pod brodę, podnosząc przy tym tuman kurzu. Od dawna nie padało. Przychodzi mi do głowy, że niedługo zabraknie wody. Co wtedy? Ale co mnie to obchodzi? Do tej pory będę już kilka metrów pod ziemią. Jeśli dobrze pójdzie i w ogóle mnie zakopią. Słyszę tylko ciężkie kroki za sobą. Dlaczego nie strzela? Jestem tak łatwym celem. Wystarczyłoby wyciągnąć pistolet i nacisnąć spust. Gdyby dobrze wycelował, miałabym wystarczająco dużo szczęścia i nie poczułabym jak uchodzi ze mnie życie. Ciągle zwleka. Zbliża się coraz bardziej. Podłoże drży pod moim policzkiem. A może to ja sama? Cień zasłania moje ciało, gasi słońce. To koniec.
- Samantha - dobiega mnie czyjś głos. Potrzebuję chwili, żeby skojarzyć do kogo należy. - Sammy.
„Rigley” - dociera do mnie w końcu. To nie Strażnik. Mój własny, rodzony brat. Podnoszę głowę. Podaje mi rękę, a ja rzucam mu się na szyję i znów zaczynam płakać.
- Myślałam, że to oni, że coś wam się stało. Och, Rig - szlocham.
O mało nie umarłam ze strachu przed własnymi wyobrażeniami. Jasne, teraz wiem, że panika wzięła górę. W rzeczywistości "Strażnikiem" był Rigley. Buty na grubych podeszwach, białe spodnie, ostrożność. Możliwe, że bał się tak samo jak ja. Był na górze. Usłyszał jak ktoś wchodzi do domu. Jak się skrada. Nie mógł mieć pewności czy to nie kolejny stróż prawa. Czy nie było ich więcej. A ja spanikowałam. Znowu. Gdyby sytuacja wyglądała tak jak w moich wyobrażeniach, prawdopodobnie byłabym już martwa. Bardzo ale to bardzo nieodpowiednie zachowanie. Nie wiem, czy kiedykolwiek nauczę się kontrolować. Zachowywać zimną krew. Czy w ogóle da się tego nauczyć.
- Przepraszam, że cię przestraszyłem - mówi, obejmując mnie mocno.
Czuję się jak małe, głupie dziecko. Z wybujałą wyobraźnią. Jak zachowam się, kiedy zacznie się powstanie? Stanę na środku pola walki jak zamurowana, pomyślę, że i tak zginę i poczekam na śmierć? Skulę się na ziemi i zacznę płakać? Mam przecież wykonać tylko jedno, pieprzone zadanie. Przeżyć do momentu, w którym dostaniemy się do kopalni. Jedno. Tylko jedno. A idzie mi jak po grudzie.
Oddycham głęboko i odsuwam się od brata. Przepraszam za swoje zachowanie (który to już raz?) i nagle przypominam sobie, że to on miał misję. A ja się rozklejam. Nawet nie wiem, czy misja się powiodła. A Brandon? Nadal siedzi na ziemi? Zwijam ręce w tubę i wołam go. Spojrzenie Rig'a daje do zrozumienia, że to nieodpowiedzialne. Oczywiście. Możemy nie być sami. Kolejne złe zachowanie. Za późno na gdybanie. Znowu słyszę kroki. Znowu za sobą. I znowu się boję. Nie daję się jednak sparaliżować. Nie tym razem. Trzeba uczyć się na błędach. Odwracam głowę i widzę Brandona. Tylko... Jak? Przecież zostawiłam go po drugiej stronie domu. "Ale sterczałaś w środku tyle czasu, idiotko" - mówię do siebie w myślach. Jakbym miała lekkie rozdwojenie jaźni. Czy jakkolwiek to się nazywa po medycznemu.
- Rigley, dlaczego... Dlaczego tam jest tak cicho? - pyta, kiedy jest jakieś dwa metry od nas. Nie wygląda już na przerażonego jak... Właśnie! Ile czasu trwała moja wyprawa? Wydaje mi się, że co najmniej cały dzień. A Bran... Widać potrafi się szybciej pozbierać.
- Kiedy Sam weszła do domu nie wiedzieliśmy... Właściwie baliśmy się, że to kolejny Strażnik. Kazałem im się nie ruszać i nic nie mówić. Zszedłem na dół...
Dalej się wyłączam. Nie chcę słuchać o swoim spektakularnym upadku i kolejnym ataku paniki. Wyłapuję tylko, że Strażnicy nie żyją, Rose jest lekko ranna, a jej mama zniknęła godzinę przed naszym przybyciem. Nikt nie wie, co się z nią dzieje. Brandon spuszcza wzrok. Wbija spojrzenie w ziemię, jakby znalazł tam coś bardzo ciekawego. Po chwili milczenia, kiedy już ruszamy w stronę domu mówi słabym głosem:
- Byłem w ogrodzie, sprawdzałem, gdzie jesteście i ona... Znalazłem ciało jej matki. Miała... - Gwałtownie potrząsa głową. - Nie... Nieważne. Ale popełniła samobójstwo.
Samobójstwo?! Mama Rose? Wiem, nigdy nie było jej lekko. Mąż zostawił je, kiedy ich córka straciła wzrok. Kilka miesięcy później zastrzelił go Strażnik. To jedyny taki przypadek w ciągu całego mojego życia. No, przynajmniej do dzisiaj. Wdał się z nim w okropną szarpaninę, groził mu. Ludzie mówili, że po rozstaniu trochę zbzikował, mówił do siebie na ulicy, był agresywny. W końcu się doigrał. Nie zostawia się ludzi w potrzebie. Ludzi, których się kocha. Boję się jak Rosemary przyjmie jej śmierć. Nie ma innej rodziny. Urodziła się w dwunastym dystrykcie, ale niewiele pamięta. Znaleźli się tu, kiedy miała trzy lata. Matka nie chciała powiedzieć, dlaczego ich przenieśli. Jako jedynych od przeszło trzydziestu lat. To pytanie pozostanie tajemnicą. Na zawsze.
- Jesteś pewien, że nie zrobił tego ktoś inny? - wyrywa mi się.
- Tak - warczy. Przechodzą mnie ciarki. Nigdy się tak do mnie nie odezwał. - Wiem jak wygląda człowiek z podciętymi żyłami. Gdyby ktoś chciał się jej pozbyć znalazłby szybszy sposób. Zadowolona?
Znowu zbiera mi się na płacz. Niepotrzebnie pytałam. Teraz prześladuje mnie obraz kobiety z krwawymi liniami na rękach. Zbyt bujna wyobraźnia czasem przeszkadza we w miarę normalnym funkcjonowaniu. Ale z drugiej strony pozwala oderwać się od rzeczywistości. Wiele razy przenosiłam się w ten sposób do lepszego, piękniejszego i bardziej kolorowego świata. Za to bolało, kiedy wracałam na ziemię.

Nawet nie orientuję się, kiedy zaczynają biec. Nie mogę nadążyć. W czasie upadku chyba skręciłam nogę. Teraz przypomina za każdym krokiem. Nie zatrzymują się jednak. Nawet nie zauważają, że zostaję w tyle. Naprawdę robi mi się przykro. Ale zasłużyłam. Wiem, że zasłużyłam na całe zło, jakie mnie bez wątpienia spotka. Morderczyni.

6 komentarzy:

  1. Super! Przełknęłam ten rozdział dosłownie w minutę :) Mam tylko nadzieję, że Sam nie zawsze będzie taka strachliwa i w końcu pokaże się z nieco lepszej strony :)
    Pozdrawiam :)
    PS: Jeśli masz ochotę zajrzeć na mojego bloga, to pojawił się nowy rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak czekam i czekam, i... kiedy w końcu następny rozdział ? :>

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest nowy rozdział na szosty-dystrykt.blogspot.com
    Pozdrawiam :)
    PS: Zgadzam się z Mystery- kiedy następny?

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałam wszystkie rozdziały i... Są cudowne *__* . Kiedy kolejny? :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Rigley paskudnie skaleczył się wtedy siekierą w rękę i połowę świąt spędziliśmy w szpitalu. Ale za to mieliśmy w domu naprawdę ładne drzewko. - hahahh, piękne ^^
    Fajny rozdział ^^
    Biorę się za następny <3

    OdpowiedzUsuń
  6. świetny. idę czytać następny, szkoda, że to już ostatni. ;< ale idę. ♥

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)