Rozdział XII

Rozpinam zamek i po kolei wyciągam przedmioty na stół. Lokalizator, legitymacja, odznaka i dwa zapasowe mundury. Po co?
- U Starhorna ich nie było - zauważa Rigley. - Nie wiem, czy to istotne.
Wyciągam jeszcze parę skarpetek i mały śpiwór.
- To wszystko - mówię.
Porusza mnie ta nic nieznacząca czynność. Co po nim zostało? Parę przedmiotów? Mam nadzieję, że jego rodzice dowiedzą się o wszystkim. Nie, nie ma dobrego sposobu. Ale nie od kogoś, kogo nic to nie obchodzi. Nagle myślę, że nie miałam prawa tego ruszać. Nikt nie powinien. A w szczególności ja. Morderczyni. Morderczyni. To słowo dźwięczy mi w głowie przerażająco głośno. Morderczyni. Morderczyni. Morder... Walczę, żeby się nie rozsypać. Oddycham głęboko i z całej siły zaciskam palce na oparciu krzesła. Rigley patrzy na mnie z niepokojem, ale zbywam go machnięciem ręki. Chyba powinien się przyzwyczaić do moich załamań. Coś czuję, że nie skończą się szybko.
Nawet nie ma sensu mieć nadziei.
- Chyba zabrał to dla nas. Gdybyśmy musieli iść sami. Widać jego dowódcy wzięli pod uwagę każdy scenariusz - wnioskuje Brandon, nie zauważając bezgłośnej rozmowy rodzeństwa. Dobrze, nie chcę go dodatkowo obciążać. Nie ma kontaktu z mamą i tatą. Ja na jego miejscu wariowałabym ze strachu o rodziców. A on stara się być opanowany, spokojny. Ciekawe, jak długo mu się uda. Każdy kiedyś pęka.
Słowa Brana mają sens. Jason musiał opracować plan, tylko nie zdążył go do końca przedstawić. I przypłacił go życiem. Morderczyni. Morderczyni. Morderczyni.
- Ale dlaczego akurat dwa? – pytam, patrząc w przestrzeń przed sobą. Powietrze wypełnia intensywny zapach środków czystości. Niemal szpitalna sterylność.
Obaj wzruszają ramionami. Odzywa się Rig::
- To chyba nie ma większego znaczenia. Zajmijmy się sypialnią rodziców. Może jest tam jakaś broń.
- Ale mama mówiła... – wtrącam się, wyciągając drżącą dłoń w jego stronę. Dwie pary oczu padają na trzęsące się palce, które od razu chowam pod stół.
- Mogła nie wiedzieć. Tata zawsze miał swoje tajemnice – odpowiada brat, posyłając mi pełne współczucia spojrzenie. Rozumie. Zawsze rozumiał. Jak to w rodzeństwie.
Ma rację. Chyba nic, czego się o nim dowiem mnie nie zdziwi. Już nie. Rigley wychodzi. Wraca mama i kładzie na stole dwa pistolety. Pokrótce objaśnia jak działają. Aż za dobrze znam skutki. Drżę na to wspomnienie, ale odpędzam je od siebie jak najszybciej. Nie ma czasu na załamanie. Rig wraca z kolejną sztuką broni oraz łukiem i kołczanem. Zatrzymuję wzrok na tym drugim. Jest bardzo ładny, wykonany z ciemnego, polerowanego drewna. I strzały do kompletu. Wyglądają na nieużywane a jednocześnie znajome. Czy to możliwe, żebym kiedyś miała je w ręku?
Do wszystkiego dochodzi jeszcze wyposażenie Strażników razy trzy, więc bilans to:
- Pięć pistoletów i łuk - wyliczam chłodno.
- Do tego mamy jeszcze noże - dodaje Rigley.
Wzdrygam się. Żeby dźgnąć, trzeba przejść do walki twarzą w twarz. Albo rzucić. Patrzeć w oczy komuś, kogo pozbawia się życia. To wydaje się jeszcze okrutniejsze niż zabicie samo w sobie.
Orientuję się, że nie przekazałam im jeszcze wiadomości od Jasona. Zapomniałam. Tak zajęłam się sobą, że mogłam wszystko zaprzepaścić. Sprawić, że trzy (a może nawet więcej?) śmierci poszłyby na marne. Idiotka. Więc teraz mówię. Słuchają i kiwają głowami. Nie chcą mi przerywać. Kiedy kończę, jeden przez drugiego oznajmiają, że musimy ruszyć od razu. Nie jestem na to gotowa. Ale z drugiej strony są ważniejsi ode mnie. Ważą się losy rewolucji. Kraju. Przyszłego świata. Teraz zdaję sobie sprawę jak wszystko wiąże się ze sobą. Jedno wydarzenie pociąga drugie. Jeśli zginiemy, umrze idea wolności. Może trochę przesadzam, ale w ten sposób łatwiej mi to wszystko zrozumieć i poukładać w głowie. I tak kłębi się w niej za dużo myśli.
Stroje Strażników przypadają Branowi i Rig'owi. Decyzje zapadają błyskawicznie. Z trudem za nimi nadążam. Mamy przejść przez miasto jak więźniowie pod eskortą, oni podadzą się za mężczyzn leżących teraz w rowie. Rów. Nie cmentarz, tylko zimny, mokry rów. Tak skończyli. I ja pewnie też wkrótce podzielę ich los. Błagam, byle tylko nie z moją rodziną. Zdaję sobie sprawę, że nie przeżyję wojny. Nie jestem silna. To, że raz zabiłam nie oznacza, że potrafiłabym po raz kolejny. Nie chcę tego robić.
- Kierujemy się prosto do kopalni - oznajmia mama. Widzę wahanie na twarzach pozostałych. Rose i rodzice Brandona. Jasne. Ja także nie mogłabym ot tak opuścić bliskich.
- Nie ruszę się bez mamy i taty - kręci głową Bran. Doskonale go rozumiem. Ale równocześnie rozpaczliwie pragnę, żeby mnie nie zostawiał. Znowu przemawia egoizm.
- Róbcie, co chcecie, ja idę po Rosie. - Rigley stara się nadać swojemu głosowi ostre brzmienie. Jest jednak bliski załamania. Widzę to w jego oczach.
- Jeśli nie znajdziemy się w kopalni do świtu, nic się nie uda! - krzyczy przez łzy mama. Jej też napięcie daje się we znaki. Jak wszystkim. Mówiłam. Każdy kiedyś pęka.
- Powiedziałem, idźcie. Dam sobie radę – warczy brat, marszcząc groźnie brwi. Nie boję się tylko dlatego, że za dobrze go znam. On nie krzywdzi ludzi. A może coś się zmieniło?
- Tata zażyczył sobie naszego bezpieczeństwa - wtrącam się. - Twojego też. Dom Rose jest niedaleko, nawet lepiej, pójdziemy bardziej osłoniętą drogą. Przez las. Brandon mieszka obok kopalni. Zdążymy.
Nie jestem tego pewna, nigdy nie umiałam rozplanowywać niczego w czasie. Naprawdę chcę ich bezpieczeństwa. Wszystkich. Nie mogę sobie pozwolić na kolejne wyrzuty sumienia. Że mogłam coś zrobić, ale z tego zrezygnowałam. Później dodaję dwa do dwóch: ratunek dla nich równa się zabiciu kolejnych czterech osób. Nie chcę tego robić. Z całego serca. Zostaje jeszcze Ronnie i jej rodzina. Komisariat jest po drodze, to jednak niebezpieczna misja. Więcej Strażników. Czy mogę narażać pozostałą trójkę? Sama nie pójdę, bo tata... Gdybym tylko miała do dyspozycji prywatną wyrocznię. Gdybym... Gdybym... Gdybym żyła w lepszym świecie. Śmieszne.
- To dobre rozwiązanie - aprobuje Brandon, ściskając pod stołem moją spoconą dłoń. Znowu staję się rozjemcą między dwoma stronami. W szkole też robię... robiłam za mediatora. Ponoć jestem ugodowa.
- Jeśli wszystko pójdzie szybko, damy radę. - Pomimo ceny próbuję przekonać ich do swojego pomysłu. To chore.
Właściwie toczę teraz walkę sama ze sobą. Dziękuję Bogu, że są tu osoby, które mnie wspierają. Inaczej chyba rozpadłabym się na kawałki. Stoję na krawędzi przepaści i w każdej chwili mogę spaść. Problem w tym, że cały czas się chwieję. A do tego mam lęk wysokości.
- Chyba powinniśmy zagłosować - proponuje przyjaciel.
Przyjaciel. Czy tylko? Kolejna sprawa, którą powinnam przemyśleć. W innych okolicznościach położyłabym się na łące, rozważyła plusy, minusy i zagłębiła we własne uczucia. Teraz mam zbyt wielki mętlik w głowie. I za mało cennego czasu. Nie jestem nawet pewna tego, kim naprawdę jestem. Nienawidzę tego uczucia. Z całego serca. O ile jeszcze je mam.
Chyba umyka mi część rozmowy. Pierwszy raz zdarza mi się całkowicie wyłączyć. Zawsze potrafiłam jednocześnie myśleć i słuchać. Może jestem przemęczona. Może wariuję. Nie, jedno i drugie. Zdecydowanie. Czuję jak Brandon delikatnie potrząsa moją ręką. To wystarcza, żebym wróciła do rzeczywistości.
- Chcesz coś dodać? - pyta. Widzę troskę w jego oczach. Zauważył.
Czerwienię się i proszę, żeby powtórzył. Po raz pierwszy w życiu. Wyłączając lekcje, na których zdarzało mi się zasypiać.
- Twój pomysł przeszedł. Najpierw idziemy do Rose, potem na posterunek.
Patrzę wielkimi oczyma. Czyżbym to powiedziała? Że chcę ją uwolnić? Naprawdę tracę nad sobą kontrolę. Urywa mi się film, a nie powinien. Nie w takich momentach.
- Może być dobrze strzeżony, ale powinno się udać. Ronnie i reszta ludzi, których tam uwięzili. Przydadzą się rano w mieście. Na koniec mój dom. Potem kopalnia. Nie wiemy, jak do niej wejdziemy, ale bądźmy dobrej myśli. - Uśmiecha się krzepiąco, nie puszczając mojej dłoni. - Masz coś do dodania?
Oczywiście. Że musimy zabić kilka osób. Ale oni o tym wiedzą. Brandon jest chyba najbardziej opanowaną osobą w tym pomieszczeniu. Nie wiedziałam, że potrafi tak długo zachować zimną krew. Mama szybo mruga oczami a Rig znowu nerwowo zaciska pięści. Siedzi obok mnie, więc biorę go za rękę. On podaje swoją mamie, ta Brandonowi. Tworzymy teraz, mam nadzieję, nierozerwalny krąg. Niemal czuję swego rodzaju moc przepływającą między nami. Może to kolejny objaw szaleństwa? Nie potrafię nic powiedzieć. Kręcę głową w odpowiedzi na pytanie Brana.
- Musimy ruszać - mówi teraz Rig. Ma rację. - Powinniśmy założyć mundury.
- Chyba zwymiotuję - odpowiada drugi chłopak.
Uśmiechamy się, ale nie mamy siły na nic więcej. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek szczerze się roześmieję.
Prawie w jednej chwili puszczają moje ręce, a ja przez ułamek sekundy czuję się dziwnie, muszę złapać się krzesła, żeby z niego nie spaść. Jakbym została sama. Czy zawsze będę potrzebowała innych, żeby jakoś się trzymać? Pozostanę niesamodzielną kobietą z rozchwianą psychiką i wyrzutami sumienia? Do końca życia?
Wchodzą do łazienki z mundurami. Wstaję i powoli podchodzę do okna, odzyskawszy równowagę. Gęsty las ogranicza światło wpadające do wewnątrz. Pamiętam jak bawiliśmy się tam w chowanego z bratem. Tak się ukrył, że przybiegłam z płaczem do mamy myśląc, że przepadł na dobre. Oczywiście dostaliśmy zakaz zabawy w tamtym rejonie, bo mama śmiertelnie się wystraszyła. Kiedy patrzę z dystansu na to wszystko stwierdzam, że miałam piękniejsze dzieciństwo niż wielu moich rówieśników. Nikt mi nie umarł, nie głodowałam, miałam przyjaciół i kochających rodziców. A to więcej niż można sobie zażyczyć w trzynastym dystrykcie. Dużo więcej.
Przechodzę do sypialni mamy i taty. To pokój na końcu domu, z trzema dużymi oknami na wschód, zachód i południe. Meble nie są nowe, ale pasują do klimatu tego miejsca. Podrapana posadzka przypomina noce, kiedy wślizgiwałam się na boso do łóżka, bo śniło mi się coś złego. Na komodzie stoją stare zdjęcia. Skromne wesele rodziców. Nowonarodzony Rigley. Mała ja z bukietem polnych kwiatków w dłoni i rumieńcami na policzkach. Pierwszy dzień szkoły. Nasz aparat zmarł śmiercią naturalną, więc kolekcja fotografii już się nie powiększa. Rzucam się na łóżko i cicho szlocham w poduszkę. To koszmar, z którego w żaden sposób nie mogę się obudzić. Pościel rodziców już nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Za bardzo przypomina szczęśliwe, beztroskie chwile.
Nie słyszę, kiedy wchodzi mama. Czuję tylko jak w milczeniu gładzi mnie po głowie. Też nie mogłabym znaleźć odpowiednich słów, gdyby moja mała córeczka, moja duma stała się morderczynią. To musi być dla niej tak samo trudne jak i dla mnie. Albo nawet trudniejsze, bo za wszelką cenę pragnie bezpieczeństwa swoich dzieci i męża.
- Skarbie, chłopcy już czekają. Musimy iść.
Kręcę głową, ocierając przy tym łzy kołdrą. Ale to mój plan. Szkoda tylko, że tak bardzo się boję. Zmuszam się do wstania na nogi i przygładzam ręką włosy. Teraz albo nigdy. Zdaję sobie sprawę, że przed chwilą pożegnałam się z tym domem. Z dobrymi wspomnieniami. Być może na zawsze. Ostatni raz odwracam głowę w stronę lasu, starając się jak najdokładniej go zapamiętać. Staję jak wryta, kiedy widzę dwie z najbliższych mi osób w białych kombinezonach. Dostrzegam ból w oczach Brandona. Nie powinnam patrzeć w ten sposób. Z obrzydzeniem. Nigdy by tak na mnie nie spojrzał. A przecież to ja jestem tą złą. Morderczynią. Podchodzę i obejmuję go, wtulając twarz w zimny materiał. Nie mogę ranić go w tak bezmyślny sposób.
- Przepraszam - szepczę i odsuwam się. Czas iść. Wypowiadam to samo słowo w kierunku brata.
Przyjmuje je skinieniem głowy i słabym uśmiechem.
- Chwila - przerywa Rigley. Jesteśmy już prawie przy drzwiach. - Co z ich lokalizatorami?
Wszyscy zapomnieliśmy. Znowu coś mi umknęło. Mamy wziąć je ze sobą, żeby przełożeni zobaczyli, że opuścili posterunek czy może zniszczyć? A jeśli włączy się wtedy jakiś alarm? Nie znamy do końca ich funkcji. Po krótkiej naradzie decydujemy się je zabrać. Kiedy chłopcy nakładają hełmy, niemal nie da się ich odróżnić. Podadzą się za dwóch zabitych strażników. Jeśli nie natkniemy się na żadnych znajomych, powinno się udać. Przy takiej liczbie nie ma szans, żeby wszyscy się rozpoznawali. To nasza nadzieja. Spoglądam na porysowany zegarek. Jest koło szesnastej. Jeśli nie napotkamy większych trudności, powinniśmy zdążyć przed świtem. Jeśli. Cały nasz plan zawiera zbyt dużo tego słowa. To może zaprowadzić nas na śmierć. Nie wiemy, co zmieniło się w mieście przez te parę godzin. To też może dużo kosztować.
Większość broni jest spakowana w plecaku wraz z zapasem wody i chlebem. Mama wtyka pistolet i nóż za pasek od spodni, Rig i Bran do kabur przy kombinezonach. Podają mi jedną sztukę. Z obrzydzeniem biorę ją do ręki. Niemal czuję przy tym metaliczny zapach krwi. Powoduje, że zaczyna mnie mdlić. Do tego znów kręci mi się w głowie. Morderczyni. Oddaję ją komuś, nie zwracam uwagi komu.
- Nie mogę. Nie dam rady. Przepraszam. Może przydam się w inny sposób.

"Jako żywa tarcza" - dodaję w myślach. Nie potrafię. Chodzi o moje bezpieczeństwo, ale chyba prędzej strzelę sobie w skroń, niż schowam to coś pod ubraniem. Nabieram do płuc dużo powietrza i powoli je wypuszczam. I tak kilka razy. Pomaga. Tętno zwalnia i trochę przestaje być mi niedobrze. Świat już nie wiruje. Wychodzę na podwórko ze straszną myślą, że już nigdy tu nie wrócę.

6 komentarzy:

  1. Fajny rozdział, ale mimo wszystko pozostaję fanka poprzedniego. ;D
    Rozumiem, że morderstwo było dla Sam ciężkim przeżyciem, choć mimo wszystko jak na mój gust to za dużo tu rozmyślania o tym. Może się mylę, ale tak to odczułam. Kiedy następny rozdział? ;D Już nie mogę się doczekać ^^
    PS. Zapraszam do siebie ;d

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różni są ludzie. Jednych morderstwo w ogóle nie wzrusza, a drudzy bardzo to przeżywają. Ja na przykład należę do tych drugich, gdybym miała kogoś zabić, to jego śmierć towarzyszyłaby mi do końca życia i nie mogłabym o tym zapomnieć. Myślę, że do takich ludzi, należy również Sam, więc to normalne, że tak dużo o tym rozmyśla. Chociaż to tylko fikcyjna bohaterka, ale kij z tym ;p

      Usuń
    2. hahah. Rozumiem. Ja też bym o tym myślała, ale po prostu mówię, że jak dla mnie to tutaj tego za dużo xd

      Usuń
    3. Dla mnie również za dużo jest tu tego rozmyślania o ich śmierci :')

      Usuń
  2. Muszę przyznać, że połknęłam wszystkie dwanaście rozdziałów na raz. Bardzo dobry styl pisania+ genialny pomysł= wymarzona historia :)
    Przyznam, że czasem zdarzają się błędy- mniejsze i większe, ale byłam tak pochłonięta fabułą, że ledwo je zauważałam. Gratuluję!
    Dodam jeszcze tylko coś o interpunkcji. Czasem tam gdzie stawiałaś kropki moim zdaniem powinien być wielokropek lub przecinek. Muszę się upewnić z jakimiś zasadami i dokładnie powiem, o co chodzi. Nie jestem pewna, czy to błąd. Po prostu mówię jak mi się wydaje. :)
    Mam nadzieję, że będziesz mnie informować o kolejnych rozdziałach :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście poinformuję i dziękuję za budujacą opinię :)

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)