Rozdział XI

Siedzę jak zamurowana, wsłuchując się w jego niski głos. Nigdy sobie nie wybaczę, ale mogę spróbować pomóc jemu. Należy mu się to. Gdyby nie on, leżałabym na dole i próbowała... Sama nie wiem. Niczego nie jestem pewna. Zdradziłam siebie, co może być gorszego?
- Więc... Nie brzydzisz się mną? - pytam piskliwym głosem, a on powoli kręci głową - Chcesz mnie jeszcze...
Nie udaje mi się dokończyć zdania, kiedy pochyla się i składa delikatny pocałunek na moich drżących ustach. Zarzucam mu ręce na szyję i po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, jak bardzo mi go brakowało. Przez te dwa lata. W pokoju ze Starhornem. W lesie z Jasonem. Nadal płaczę. Chyba powinnam spróbować wziąć się w garść.
- Dogadaliśmy się? - pyta zachrypnięty. - Nie możesz tak o sobie myśleć. To trudne, ale postaraj się. Dopóki... A, nieważne. Po prostu się postaraj. Będzie... - Zastanawia się chwilę, marszcząc przy tym czoło. Znam tę minę. - Lepiej. Tylko daj sobie szansę. Jeśli cię to pocieszy, przynajmniej mi się odwdzięczyłaś.
Pociesza. Tylko troszkę, ale to zawsze jakich fragment rzeczywistości, którego mogę się chwycić, by nie spaść w ciemną otchłań siebie. Dla niego. Nie dla mnie. Część mnie zniknęła, kiedy nacisnęłam spust. I wiem, że nigdy jej nie odzyskam. Umarła razem ze Strażnikiem. A następna z Jasonem, choć prawie go nie znałam. A tak bardzo uderzyła mnie jego śmierć. Dwa najmocniejsze policzki, jakie kiedykolwiek przeżyłam. Jeszcze nie jestem pewna, czy zniosłam.
- Teraz wyjdę, ty się szybko umyjesz, przyniosę ci rzeczy i zastanowimy się, co dalej, dobrze? Nie mamy dużo czasu – mówi, zdejmując moje ramię ze swojej szyi.
- Wrócisz tutaj? – pytam, pociągając nosem.
- Pod warunkiem, że się wykąpiesz. - Wykonuje nieokreślony gest ręką oznaczający chyba, że jestem brudna i uśmiecha się. - Będę czekał za drzwiami.
Całuje mnie w czoło i wychodzi. Biorę głęboki wdech i staję na nogi. Pierwszy raz odkąd... Odkąd... Znów duży haust powietrza, zataczam się i łapię brzegu wanny. Nie teraz, mogę siebie nienawidzić, ale w tej chwili mam zajęcie. Niezbyt ważne, ale zawsze jakieś. Może metoda małych kroczków zadziała. Z lekkim strachem patrzę w lustro. I słusznie, bo to nieciekawy widok. Twarz i włosy w pobliżu mam umorusane krwią. Cała jestem w ciemnoczerwone plamy. Makabryczne. Ściągam z siebie sztywne ubrania i wyrzucam do kosza. Nie mam ich dużo, ale tych "pamiątek" nie chcę więcej widzieć na oczy. Wchodzę do wanny i puszczam lodowatą wodę. Nie jest przyjemna, ale działa otrzeźwiająco. Bardzo mi się to przyda. Staram się nie spoglądać na czerwone strugi spływające do odpływu. Wyciskam z butelki resztkę szamponu zarezerwowanego ze względu na swą cenę na specjalne momenty i nakładam na długie do połowy pleców włosy. Chyba taka okazja właśnie nadeszła. Brud ekstremalny, że tak to określę. Jestem tak rozbita, że zaczynam śmiać się z suchego żartu na cały głos. Histeryczny dźwięk wypełnia łazienkę napawając mnie dziwnym przerażeniem. Kiedy orientuję się, że straszę sama siebie, decyduję się zamknąć. To proste rozważanie zajmuje dobre dziesięć minut. Niedobrze. Chyba powoli kończy mi się pamięć operacyjna. Szkoda, że nie jestem komputerem, można by wymienić mi wtedy części i spowodować, że znów poczuję się lepiej. Nie, żebym się znała na tak skomplikowanych urządzeniach, w szkole jest tylko jeden. Laptop. Każdy odbywa na nim lekcję raz w roku. I wszyscy cieszą się jak głupi. Ponoć kiedyś technologia była na wysokim poziomie (w Kapitolu podobno nadal jest), każdy posiadał w domu urządzenia elektroniczne. Cóż, my mamy tylko telefon, telewizor i radio. Komórki są w Trzynastce rzadkością, stać na nie tylko bogaczy. Wielu ich tu nie mieszka.
Spłukuję się cała i zawijam lekko poprzecieranym ręcznikiem. Z obawą otwieram drzwi. Czeka na zewnątrz z ubraniami w rękach. Spogląda na moje odsłonięte nogi. Oczywiście się rumienię, mimo że kiedyś byliśmy jak rodzeństwo. Kiedyś. To znaczy bardzo, bardzo dawno. Dzień wczorajszy wydaje się należeć do prehistorii. Policzki Brandona też stają się odrobinę bardziej różowe niż zwykle. Wygląda tak niewinnie.
- Mam nadzieję, że nie wybrałem tragicznie. Nie znam się. - Wzrusza ramionami.
- Przecież to i tak... - Bez znaczenia. Nie wypowiadam tego. Po kolorach widzę, że się starał. - Zawsze miałeś dobry gust - kłamię bez zawahania. Chcę, żeby choć na chwilę się uśmiechnął. Jestem wdzięczna, że nie komentuje napadu śmiechu. Słyszała pewnie cała okolica.
Biorę od niego stosik ubrań i wchodzę z powrotem do łazienki, bezskutecznie próbując złapać po drodze moje jedyne okrycie, które jak na złość zsuwa się na ziemię. Z płonącymi policzkami podnoszę ręcznik i czmycham za drzwi. Idiotka. Najpierw popadam w rozpacz z powodu (przełykam ślinę) zabicia człowieka, a potem czerwienię się, bo chłopak zobaczył mnie nago. Zabicia. Przez chwilę głęboko oddycham, żeby powstrzymać drżenie na całym ciele i gęsią skórkę. To żaden sposób, ale decyduję, że nie będę o tym myśleć. Jason zasługuje na pamięć, ale wtedy nie będę mogła trzymać się dla Brandona. A on jest ważniejszy ode mnie. Nie będę. Ubieram się w ciemnogranatowe sztruksowe rurki (ładne, ale nawet nie wiedziałam, że takie mam). Dzień jest dosyć chłodny, więc powinny zdać egzamin. Do tego wygodne i z wysokim stanem. Szary podkoszulek z nadrukowanym na środku uśmiechem tak nie pasuje do sytuacji, że znów prawie wybucham śmiechem. Źle ze mną. Rozczesuję i suszę włosy (czy suszarka zalicza się do "cudów techniki"?)i zakładam na nadgarstek gumkę do włosów. Jeszcze tylko buty i wychodzę. Nadal tam stoi, a ja po raz kolejny się rumienię. On z resztą też. Przez ułamek sekundy jesteśmy tylko parą dzieciaków. Niepewnych swoich uczuć nastolatków. Szkoda, że tak krótko.
- Jak kuchnia? - decyduję się zapytać.
- W porządku.
 A... Oni... – odzywam się niepewnie.
 Za domem, w rowie pod drzewami. - Wie, że nie chodzi mi o mamę i brata. Dobrze, że nie owija w bawełnę.
Z wahaniem robię trzy kroki w kierunku kuchni. Nikogo tu nie ma. Może tak jak ja boją się tego miejsca. Już nigdy nie chcę tu przebywać dłużej niż to konieczne. Wszystko zaczyna wracać. Idziemy do salonu, ściskając się za ręce. Czekają na nas. Plan jest zapisany na kartce pismem Rigley'a. O dziwo włączył się do akcji. Może wszystko przemyślał. Albo chce tylko znaleźć Rosemary, a potem... Nie wiem, jak postąpiłabym na jego miejscu. Nie chcę wiedzieć. Zaczyna mówić. Sprawia wrażenie pewnego siebie. Czy tylko ja widzę, że to jedynie poza?
- Kuchnia jest względnie uporządkowana, więc teraz musimy przeszukać dom i zdobyć jak najwięcej broni, przynajmniej jedna sztuka dla każdego. Zabrałem Starhornowi z torby. Mamo, gdzie trzymamy...
- Pod podłogą w pokoju Sam i w twoim. Pójdę po nie - odpowiada. Nie jestem zdziwiona. Pokoje dzieci raczej nie były sprawdzane przy kontrolach. Strażnicy też ich nie znaleźli. Gdyby dokładniej poszukali... Strach pomyśleć, co by było w takim wypadku. Pewnie ktoś z nas już by nie żył. Albo wszyscy.
- Jest jeszcze plecak Jasona. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem, że to ty powinnaś. - Waha się. Widzę to.

Znów zaczynają trząść mi się ręce. Brandon już otwiera usta, żeby zaprotestować, ale ubiegam go, podnosząc z podłogi duży, biały pakunek. Przełykam łzy.

3 komentarze:

  1. Jeden błąd, taki malutki:
    "Więc... Nie brzydzisz się mną?"
    Czy nie powinno być "mnie"? Jeśli nie to przepraszam.
    Rozdział bardzo mi się podoba, prawie tak bardzo jak poprzedni. Trzymaj tak dalej. (:

    OdpowiedzUsuń
  2. Znalazłam kilka małych błędów.
    Zgadzam się z Finnem, że ten rozdział jest najlepszy ^^
    Czekam na kolejny i zapraszam do siebie ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. świetny. ♥ idę czytać kolejne.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)