Rozdział X

Oboje płaczemy. Łzy kapią na przesiąknięty krwią mundur. Spływają po nim, przyjmując jasnoczerwoną barwę. Kiedyś lubiłam taki kolor. Do dzisiaj. Do teraz. Patrzę przez mgłę na najbledszą twarz, jaką kiedykolwiek widziałam. I dziwię się, że ten człowiek jest jeszcze w stanie kontrolować opadające powieki. Nie da się ukryć, że przychodzi mu to z coraz większym trudem.
- Zostań ze mną, to nie potrwa długo, czuję to. Ale nie chcę być sam - szepcze, ledwo go rozumiem. Nazywa sprawy po imieniu. Jako pierwszy wypowiada to na głos, choć wszyscy zdajemy sobie sprawę z nieuniknionego końca. Uderza mnie ta szczerość.
Nie jest teraz zabójcą, tylko przerażonym śmiercią nastolatkiem. Traci mnóstwo krwi, blednie coraz bardziej, choć wydaje się, że to już niemożliwe. Duże, niebieskie oczy patrzą prosto na mnie. Wygląda niemal jak dziecko. Głaszczę go po głowie tłumacząc, że wszystko nieważne. Że będzie bezpieczny. Bezpieczny. Tylko to się liczy. W pewnym sensie zazdroszczę mu stanu, który niedługo osiągnie.
- Wykonałeś zadanie - mówi Brandon. - Dziękujemy. Bez ciebie nic by się nie udało.
Po twarzy przebiega mu delikatny uśmiech potem uścisk dłoni słabnie. Jego pierś unosi się z trudem po raz ostatni, a serce przestaje bić. Proszę... Nie... Zamykam oczy, co jednak nie powstrzymuje łez. Trzecia osoba, do której śmierci się przyczyniłam. W ciągu półtorej godziny. Ostatni raz ściskam jego rękę w nadziei, że odpowie tym samym. To niemożliwe. Nie ma go już z nami. Nie wróci. Nigdy. Nigdy. Nigdy. Na czworaka czołgam się pod ścianę, kulę się i zakrywam głowę dłońmi. Nie mogę spojrzeć na jego twarz. Boję się, że ostatnim, co poczuł był ból. Śmierć w męczarniach. Co się dzieje na świecie, że umierają młodzi ludzie?! Chciał żyć tak samo jak inni! Mógł kiedyś mieć rodzinę, być szczęśliwy. W takiej chwili towarzyszyli mu obcy ludzie... Obcy. Może miał matkę, rodzeństwo, dziewczynę, która kochała go nad życie... Która do końca tak naprawdę się z tym nie pogodzi... Nie będzie grobu na cmentarzu, nikt nie postawi pomnika na jego cześć. Pozostanie anonimową ofiarą wojny. Jedną z tysięcy. Tylko bliscy nie przestaną traktować go jako odrębnej osoby. I ja. Obiecuję, Jason. Zrobiłeś dla nas za dużo. Wiem, że mnie słyszysz. Wierzę... Przepraszam... I dziękuję. Za wszystko.
Po twarzy ściekają mi kolejne strumienie łez. Brandon mógł tak skończyć. Ja. Mama. Arlen. Florance. Tata. Nawet nie wiemy, co się z nim dzieje. Może nie żyć. Kopalnia może być już w rękach Kapitolu. Mogą go torturować. Mogą mu grozić. Nie mamy żadnych aktualnych informacji. A Rigley nie wie co z Rose.
Przypominam sobie o bracie zamkniętym w łazience, ale nie mam siły zmusić się do wstania. Otwieram oczy i natychmiast tego żałuję. Dwa ciała, w tym jedno z makabrycznie roztrzaskaną głową, a drugie z otwartą raną na piersi. Kieruję wzrok na bladą mamę, starając się hamować torsje.
- Wypuśćcie Rigley'a - mówię cicho, ale wiem, że słyszą. Cisza jaka panuje teraz w domu przytłacza. Słychać tylko nasze przyspieszone oddechy. Już wolałabym, żeby krzyczeli. Sama mam na to ochotę, ale czuję tak obezwładniającą słabość, że najchętniej odcięłabym się od świata i zasnęła. Najlepiej na zawsze.
Oboje patrzą teraz na mnie. Czy też się mną brzydzą? Brandon przechodzi obok i otwiera drzwi. Szybko tłumaczy, co się wydarzyło. Słowa: "Sam nas wszystkich uratowała" nie są według mnie odpowiednie. Raczej: doprowadziła do upadku najwyższej wartości, którą wyznawała. To już prędzej. Rig wygląda na zszokowanego, kiedy przekonuje się na własne oczy, że kuchnia jest pełna krwi i nie tylko. Potem siada obok i otacza mnie ramieniem. Bez słów, komentarzy, prób pocieszania. Jestem za to wdzięczna. Kładę mu głowę na kolanach i odwracam się tyłem do wszystkiego. Chcę uciec. Jak najdalej. Słyszę jak Brandon opracowuje plan. Mama potakuje, Rigley od czasu do czasu wtrąca swoje uwagi. Mam problem ze skupieniem się. Z trudem się do tego zmuszam.
Pierwszym punktem jest posprzątanie pomieszczenia. Niedługo ktoś się dowie i możemy mieć kłopoty. Nikt nie ma specjalnej ochoty, by zgłosić się na ochotnika. Ja odpadam na starcie. Nie jestem w stanie poruszyć nawet palcem. Nie mówiąc już o podejściu do dwojga zmarłych. Zastanawiam się, co jeszcze w ogóle robię tak blisko... Nich. Nie są ciałami. To ludzie. Tylko martwi. Wracając do pytania. Dlaczego tu jestem? A, chyba z powodu niemożności podniesienia swoich pięćdziesięciu kilogramów z podłogi. Niezłe wytłumaczenie, dziesięć punktów za błyskotliwość dla panny Samanthy.
- Właściwie nie zrobiłem do tej pory zupełnie nic - stwierdza Rigley. - Może potraktują mi to jak praktyki i będę mógł sobie wpisać do CV?
Nikt się nie śmieje. Brat po cichu prosi, żebym usiadła, więc, z największym trudem, niezgrabnie wykonuję polecenie. Nie wiedziałam, że dam radę. Jedyne miłe zaskoczenie dnia dzisiejszego. Opieram się plecami o ścianę, czując strużki potu spływające po plecach. Trzęsą mi się też ręce i kolana. Pulsująca krew wydaje się próbować rozsadzić przeciążony mózg. Nie wytrzymam. Słowo daję, jeszcze moment, a... Ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu.
- Sammy, chodź. Przebierzesz się i umyjesz - mówi Brandon.
Ale po co? Otwieram oczy i patrzę na swoje dłonie. Krew. Potem na koszulkę. Krew. W końcu na spodnie. Krew. Na całym ciele mam krwawe plamy. Wolałabym, żeby przynajmniej należały do mnie, a nie do ludzi, których pośrednio lub bezpośrednio zabiłam. Jestem cała we krwi. Już zawsze będę. Nie uda się jej zmyć. Umrę z niewidzialną mazią na całym ciele. Jak Balladyna z krwawą pręgą na czole.
Ktoś podaje mu kluczyk, którym otwiera kajdanki. Już prawie ich nie czuję. Boli mnie wszystko. Ale gorszy jest ból wewnętrzny. Psychiczny. Powodujący stan, w którym najchętniej wzięłabym pistolet z podłogi i strzeliła sobie w głowę. Już nie czułabym metalicznego zapachu spowijającego wszystko i wszystkich. Nie widziałabym czerwieni, której nienawidzę. Jeszcze bardziej od siebie, jeśli to w ogóle możliwe.
- Sam, chodź - prosi uspokajającym głosem.
Znowu to samo pytanie: Ale po co? I tak z nimi nie wyjdę. Jestem mordercą, więc powinnam siedzieć w więzieniu, a takim stał się dom po ogłoszeniu zakazu. Idealne miejsce. Nabieram przekonania, że nie powinnam w ogóle żyć. Odebrałam komuś lata, więc ktoś powinien zabrać też moje. Matematyczna logika.
Kiedy nie reaguję na kolejną prośbę, wkłada mi jedną rękę pod kolana, drugą pod plecy i podnosi mnie z podłogi. Kładę mu głowę na ramieniu i myślę, jak bardzo na to wszystko nie zasługuję. I jak może jeszcze na mnie patrzeć. Docieramy do łazienki, z której wychodzi blada mama. Wcześniej słyszałam jak wymiotuje. Nic dziwnego, jej córka zmieniła się w potwora. Nie chcę i nie umiem spojrzeć w oczy, które tyle razy patrzyły na mnie z dumą i miłością. Bran sadza mnie na wannie, nadal podtrzymując za plecy. Gapię się przed siebie, nagle zainteresowana wyłupanym kafelkiem na ścianie. Przekonuje się, że złapałam równowagę (ledwo) i idzie zamknąć drzwi.
- Wiem, że jesteś w szoku. Wszyscy jesteśmy, ale musisz wziąć się w garść. Od tego dużo zależy. – Stara się mówić spokojnie, ale w jego głosie daje się wyczuć napięcie.
- Wy?! - Nie wiem, skąd biorę siłę, by krzyczeć. Nadal na niego nie patrzę. Wywrzaskuję słowa w kierunku kafelek. - Usłyszałam strzał, wpadłam do domu, zobaczyłam umierającego Jasona, ciebie z nożem na gardle i zastrzeliłam człowieka! Zabiłam go, rozumiesz?! On już nie wróci! Potem pomagałam odejść osobie, która mnie chroniła. Jego też zabiłam - mówię coraz ciszej, a mój głos przechodzi w urywany szloch. - Dzisiaj to już trzeci. Wiedziałam, że nigdy nie byłam najlepsza, ale... Teraz jestem... Jestem złym człowiekiem, Brandon. Nie mam prawa tu zostać. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym umrzeć - szepczę, całkowicie pewna swoich słów. Śmierć to w tej chwili najlepsze wyjście. Znowu łzy spływają mi po policzkach. Nie jestem pewna, czy choć na chwilę przestałam płakać odkąd Jason...
Odgarnia mi z oczu posklejane kosmyki i unosi brodę, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. Jest niezwykle poważny. Chyba nigdy go takim nie widziałam. Zaczyna mówić. Zdecydowanie, niemal ostro. Wybieram więc najtrudniejsze rozwiązanie z możliwych: nie protestuję, tylko wpatruję się w brązową głębię jego tęczówek. Jeśli chce powiedzieć, że jestem teraz dla niego nikim, niech zrobi to teraz. I tak nie mogę czuć się gorzej.

- Uratowałaś mi życie, rozumiesz? - Nie, nie rozumiem. - Gdybyś się nie zdecydowała, leżałbym tam teraz, pewnie z twoją mamą i Rigiem. Przyjmij to do wiadomości, do cholery! Nie chcesz żyć? To spróbuj dla mnie, bo... - W jego oczach pokazują się łzy. - Nie jesteś zła. Jesteś... - Kręci głową. - Bohaterką. A bohaterowie czasem muszą ponieść ofiarę. Ktoś umiera, żeby inni mogli żyć. Taki świat. Nie zmienisz tego. Wiem, że chcesz. Nie jesteś wszechmogąca, Sammy. Nikt z nas nie jest. Zrozum to. I spróbuj żyć. - Przełyka łzy. - Dla mnie i swojej rodziny. Potrzebujemy cię. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo.

5 komentarzy:

  1. Fajniee ^^ Co prawda bardzo dramatycznie, ale bardzo mi się podobało ;D Chyba jeden z lepszych rozdziałów. Ja bym pozmieniała niektóre słowa na inne i pozmieniała niektóre trzykropki (czy jak to tam się pisze) w wykrzykniki, no ale okej. Jakoś tak zwróciłam teraz uwagę na styl pisania i serio mamy podobny o.O Choć ja bym niektóre zdania napisała inaczej, albo połączyła, choć jak to się mówi: o gustach się nie dyskutuje ^^ Kiedy coś więcej? <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Logiczne, że niektóre zdania byś zmieniła, bo nie myślimy przecież tak samo :D Po prostu jak czytałam Twój tekst, to przypominał mi stylem moje ostatnie ;)

      Usuń
    2. Wiem, wiem. ;D Wolisz by na cb mówić Lumi czy Nancy, czy jeszcze jakoś inaczej, bo Luminance to za długo? ;p

      Usuń
  2. Super, wstawiaj następny :DD

    OdpowiedzUsuń
  3. czułabym się tak samo jak Samanta, fajnie opisane;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)