Rozdział VIII

- Idziemy na plac - oznajmia, po czym zakuwa mnie w kajdanki.
Brandon protestuje. Ja tylko stoję z otwartymi ustami. Mielibyśmy pozbawić życia tego człowieka?! Człowieka. To słowo klucz. Nawet, jeśli nie zrobię tego sama, i tak będę miała krew na rękach. Jeśli pozwolę jemu, będzie go to gryzło już zawsze, wiem o tym.
- Nigdzie jej samej nie puszczę – warczy Bran marszcząc groźnie brwi.
- Proszę, nie zgrywaj bohatera. Bardziej przydasz się tutaj.
Wyciąga z kieszeni kartkę. Napis: "Jestem z wami" jest niestaranny, ale czytelny. Kręcę głową. To kłamstwo. Perfidne. Przecież przed chwilą planowaliśmy jego morderstwo, a on teraz deklaruje pomoc?! Równanie sprzeczne, że tak powiem. Chociaż mówią, że świat nie jest czarno-biały. Dla mnie zawsze był. Po jednej stronie my, po drugiej władze. I znak mniejszości skierowany w naszą stronę.
- Nie wierzysz? Trudno. Idziemy. – Nie wkłada w te słowa żadnych uczuć. Przechodzą mnie ciarki.
Znów bierze mnie na plecy i zatrzaskuje drzwi zanim Brandonowi udaje się do nich dobiec. Nawet się nie żegnamy. Pierwszy raz w życiu przebiega mi przez głowę myśl, że nie wiem, czy kiedykolwiek się zobaczymy. Słyszę jak wali pięściami w drewno i krzyczy. Wbijam paznokcie w plecy Strażnika i wierzgam nogami, ale znów nie reaguje.
- Komisarzu, Braceclock powinien dotrzeć tu za pięć minut - rzuca na odchodne Sanhornowi, nie patrząc na niego. I dobrze.
- Będziesz współpracować, czy mam cię zostawić w lesie? - pyta, kiedy jesteśmy wystarczająco daleko od domu. Ciągle mnie niesie. A ja ciągle go kopię. Zaczynają mnie swędzieć nadgarstki pod kajdankami. Nie mam nawet czym się podrapać. Frustrujące. I bolą mnie nogi.
- Co znaczyła ta kartka?
Rozgląda się. Pewnie nie chce, by ktokolwiek go usłyszał. Czy to czyni go przyjacielem? Oznacza, że nie strzeli mi w głowę i nie porzuci ciała w lesie? Wątpię. Ale przestaję go atakować. Chociaż... To Strażnik. Sługus Kapitolu...
- Że jestem po stronie rebeliantów. Byłem szpiegiem, dlatego kopalnia wiedziała wcześniej o transporcie Strażników.
Nie powinno mnie to dziwić, przecież w domu to zasugerował. Jednak nie potrafię wyobrazić sobie sprzymierzeńca w białym mundurze. Podwładnego prezydenta. Wzdrygam się. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony cieszę się, że mamy sojusznika (być może), a z drugiej staram się nie paść ofiarą swej łatwowierności.
- Jak się pan nazywa? Mard? – pytam, nadal nie do końca wierząc w szczerość jego intencji. Dlaczego miałby pomagać rebeliantom?
- Nie, Jason Deromory. Jestem z Trójki – odpowiada, nie spuszczając wzroku ze ścieżki. Uważnie obserwuje teren.
- Dlaczego nam pan pomaga?- zadaję pytania z prędkością karabinu maszynowego. Nie hamuję się, jeśli ma mi coś zrobić, nie obronię się. Jestem dwa razy mniejsza, a do tego mam skrępowane ręce. Szkoda, że nie organizowali u nas kursów samoobrony. Podobno ktoś mojej postury potrafi po takim powalić kawał faceta. Jakoś sobie tego nie wyobrażam.
- Żaden pan, mam dopiero osiemnaście lat.
Osiemnaście?! Jest młodszy od Rigley'a... A już służy...
- Dobrze... Jason. Dlaczego nam pomagasz? - znów walę prosto z mostu. Jeśli wszystko jest prawdą, za chwilę ktoś będzie tędy przechodził, więc czas może się skończyć za szybko.
- Bo wszystkie dystrykty mają jeden cel: zniszczyć Kapitol. A sami tego nie zrobimy. Jutro rano w Trójce, Dwunastce, Trzynastce, Jedenastce i Piątce nastąpi atak. Potem wciągniemy resztę, a na końcu ruszymy na Kapitol. To tyle. W telegraficznym skrócie. Tylko proszę, nie uciekaj.
Stawia mnie na ziemi. Kręci mi się w głowie. Za dużo informacji, mógłby je lepiej dawkować. Ale sama przed sekundą myślałam o czasie. Bez zastanowienia siadam na ziemi i podpieram głowę rękoma. Świat przestaje wirować, więc mogę podnieść wzrok. Podaje mi rękę i pomaga wstać.
- Teraz mi wierzysz?
- Tak... Chyba tak - odpowiadam zgodnie z prawdą. Zbyt łatwo ufam ludziom, ale z jego oczu można wyczytać teraz wszystko. Obym się nie myliła.
- Zaraz będzie tędy przechodził uzbrojony Strażnik. Pójdzie do twojego domu, jeśli go nie...
Znów mam ciarki. Znowu trzeba kogoś... Wiem, że na tym polega wojna. Ale zostałam wychowana w poszanowaniu dla życia. Zawsze byłam przeciw karze śmierci. Nawet dla zbrodniarzy. Powinni siedzieć w więzieniach do końca swoich dni i żałować. Pamiętać twarze osób, które skrzywdzili. Człowiek nie może decydować o życiu innych. Stawiać się niejako ponad nimi. Nie jest przecież Bogiem.
- Unieszkodliwimy? - pytam, mając nikłą nadzieję na inne rozwiązanie.
- W pewnym sensie.
 Musimy go... - Przełykam ślinę, porzucając wszelkie inne pomysły. - Zabić?
- Ja - odpowiada stanowczo. - Ty nic nie musisz. Wtedy Rigley, Brandon i twoja mama poradzą sobie ze Starhornem. Przyjdą do nas. Będziecie ze mną, więc spokojnie przedostaniemy się przez ulice.
Potem ruszymy do kopalni. Rozumiesz? – pyta, spoglądając wyczekująco to na mnie to na drogę.
Nie mam wyboru, kiwam głową. Za dużo, za dużo, za dużo tego wszystkiego. A może to tylko okropny sen? Może obudzę się w domu, pójdę do łazienki i nie ujrzę czerwonego siniaka na policzku? Śladów pięści Strażnika na twarzy Brandona, kiedy spotkam go w szkole. Przerażenia w oczach mamy i Rigley'a. W swoim odbiciu w lustrze. Usiądę na łóżku zlana potem i zacznę cieszyć się jak opętana. Nie, to niemożliwe.
- Czy oni wiedzą, co mają zrobić z komisarzem? – pytam przestraszona.
I czy będą potrafili? Czy zdobędą się na ostateczny krok zanim... Zanim będzie za późno? Dla nich oczywiście. Nam na razie nic nie grozi.

- Rigley ma wiadomość. Wszystko zależy od tego, czy w nią uwierzy. Sygnałem do rozpoczęcia akcji w domu będzie trzykrotny wystrzał.

1 komentarz:

  1. Świetny rozdział ♥
    Nie będę się rozpisywać, uciekam czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)