Rozdział VII

Czy oni wszyscy są tacy? Zaczynam krzyczeć imię Brandona. Odruchowo. Nie zwykłe "pomocy". Kopię napastnika w krocze i dopadam do drzwi. Na dole rozlega się łoskot. Potem podniesiony głos mamy. Słyszę jak mężczyzna klnie siarczyście i rusza w moim kierunku. Strach to za mało, by określić mój stan. Starhorn jest tu panem sytuacji, może zrobić ze mną wszystko. Co ja sobie myślałam?! Przecież i tak się do mnie dobierze. I będę tego o wiele bardziej żałować.
Wybiegam na korytarz, gdzie wpadam na przerażonego Brandona. Po drodze potykam się o koc, który o dziwo, nadal mam w ręku. Przyjaciel bierze mnie w ramiona i szepcze do ucha:
- Nigdy więcej nie zostaniesz z nim sama. Przyrzekam.
Przez ułamek sekundy czuję się bezpieczna. Później Strażnik odrywa nas od siebie. Mam ochotę znowu go uderzyć. Mocno. Tak mocno, żeby stracił przytomność. Wzdrygam się na samą myśl, że mogłabym go skrzywdzić. Szkoda, że to tylko pogorszyłoby sytuację. Nie tylko moją, ale wszystkich w tym domu. Przekonuję się o tym chwilę później.
- Ciebie jeszcze dopadnę – syczy po czum uderza mnie w twarz i spycha na dół po schodach. Towarzyszy mi młodszy. Starhorn zamyka się w pokoju z Brandonem. Rzucam się w górę krzycząc, ale drugi z łatwością łapie mnie w pasie i przerzuca przez ramię. Wbijam mu paznokcie w plecy, kopię, gryzę, ale pozostaje niewzruszony. Jest naprawdę cierpliwy. Ja bym nie była na jego miejscu.
- Uważaj na komisarza - mówi tak cicho, że tylko ja mogę go usłyszeć.
Nie wiem, dlaczego to robi. Może chce mi pomóc? Nie, raczej nie. Stoimy po przeciwnych stronach barykady. Przestaję się jednak rzucać i pozwalam postawić się na ziemi. Potem znów chcę wbiec po schodach. Łapie mnie za nadgarstek i prowadzi do stołu, przy którym mama ze łzami w oczach obiera ziemniaki. Próbuję jeszcze raz, ale kończy się na tym, że zostaję zamknięta w łazience. Na moje nieszczęście zaraz nad nią znajduje się Starhorn z Brandonem. Słyszę hałasy i co chwilę głuchy łomot. Zakrywam uszy dłońmi i siadam na zimnej podłodze. Zaczynam płakać, trząść się, stopniowo wpadam w histerię. Trwa około pół godziny, zanim Sanhorn wreszcie odblokowuje drzwi i z wściekłym, dzikim wzrokiem wpycha poturbowanego Brandona do łazienki. Zatrzaskuje je i przystawia krzesłem. Jakbyśmy mieli jakiekolwiek szanse na ucieczkę.
- Tu nie stanowicie zagrożenia! - wrzeszczy, ale nie zwracam na to uwagi.
Patrzę na swojego przyjaciela, pochlipując cicho i nie mając odwagi się odezwać. To przeze mnie. Ma podbite oko, rozciętą brew, zakrwawioną wargę i czerono-siny policzek. Oprócz tego siniaki na nadgarstkach. To tak, jakbym własnoręcznie go pobiła.
- Tak mi przykro - szlocham, podchodząc i przytulając go.
Stoimy tak chwilę w milczeniu, w końcu trochę przestaję się trząść, odsuwam się, moczę ręcznik w zimnej wodzie i zaczynam zmywać mu krew z twarzy.
- Usiądź, ledwo trzymasz się na nogach - proponuję.
Posłusznie wykonuje polecenie. Znajduję apteczkę pod umywalką i wyciągam z niej wodę utlenioną. Nawet się nie krzywi, kiedy przemywam rany na twarzy. Znosi wszystko bez słowa. Płuczę ręcznik jeszcze raz i przykładam mu do oka i policzka. Może opuchlizna będzie trochę mniejsza. Siadam obok i spuszczam wzrok.
- Nie zadręczaj się, zrobiłabyś to samo - znowu to on pociesza mnie. Nie ja jestem ofiarą. Czuję jego rękę na swojej dłoni.
- Problem w tym, że nie zrobiłam. Że ty jakoś dałeś radę, a ja nie. I, że to ja cię w to wpakowałam. To ja powinnam tak skończyć. To do mnie się dobierał. To ja go kopnęłam. Ale ty oberwałeś. I ty cierpisz – mówię smutno, zaciskając palce na gorącej dłoni.
- Dotykał cię?! - prawie krzyczy zszokowany. Nie spodziewam się tak gwałtownej reakcji z jego strony. Nie takiego go pamiętałam.
- Inaczej bym się nie darła. A o czym myślałeś? – odpowiadam najprościej jak w tej chwili potrafię. Nadal jestem roztrzęsiona i przerażona. Mam nadzieję, że nie zrobią krzywdy mamie ani bratu. Mama. Odkrycie, ale też jest kobietą. Co, jeśli spróbuje z nią?
- Nie wiem, na pewno nie o tym. - Wzrusza ramionami. - Proste. Wołałaś, więc pobiegłem.
- Dlaczego to zrobiłeś? – pytam cicho, starając się odpędzić od siebie czarne myśli.
Wtedy przysuwa się, pochyla i delikatnie mnie całuje. Przyjemna fala gorąca rozlewa się po całym moim ciele. Jestem w tak wielkim szoku, że nie potrafię się ruszyć przez następne piętnaście minut, a kolejne pięć zajmuje mi spojrzenie mu w oczy. Kiedy w końcu się na to zdobywam, widzę, że cały czas patrzy na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- To chyba sobie wyjaśniliśmy - mówi w końcu, a ja czuję, jak robię się czerwona. - Albo jednak nie... - dodaje smutno.
Nie wiem, co powiedzieć. Tak, jestem zafascynowana swoim przyjacielem od dłuższego czasu. Ale marzyć to co innego, niż mówić o tym i przechodzić do czynów. Trudno nie zauważyć, że jest przystojny z brązowymi oczami, włosami i słodkim uśmiechem. Czasem ciężko uwierzyć, że to ten sam chłopiec, z którym bawiłam się na podwórku i pływałam w jeziorze. Spoglądam na niego kątem oka. Odwraca wzrok. Wszystko dzieje się w nieodpowiednim momencie. Nie... To nie w porządku w stosunku do niego. Zamiast być szczęśliwa, będę myślała o litrach krwi przelanych w czasie walk.
- Lada chwila wybuchnie wojna. Nie powinniśmy kompilkować sytuacji. - Zakrywam usta dłońmi. Boże, naprawdę to powiedziałam?! Znowu gadam, co mi ślina na język przyniesie. Myśli zbyt często wydostają się z głowy. Ostatnią rzeczą, której potrzebuję jest ranienie go.
- Skoro tak uważasz - odpowiada chłodno, patrząc w okno.
- Nie, ja też... – zaczynam się plątać.
Spogląda na mnie. Jego wzrok jest wystarczającą zachętą. Tym razem to ja go całuję. Przez chwilę myślę, że mnie odepchnie, ale wplata mi palce we włosy i odwzajemnia pocałunek. Smakuje krwią i czymś, czego nie potrafię rozpoznać. Nie, żebym miała jakieś porównanie, ale podoba mi się to. Nawet bardzo. Czuję, jak rumienią mi się policzki.
- Brandon - szepczę. - Przepraszam, że cię w to wciągnęłam. Nigdy więcej tego nie rób.
- Nie stawać w twojej obronie? - prycha. - To awykonalne.
Uśmiecham się na tyle, na ile mogę. Przez chwilę patrzymy sobie w oczy.
- Boli? - pytam, przesuwając palcami po opuchniętym policzku i wardze. Mam wyrzuty sumienia. Gdybym była silniejsza, nie potrzebowałabym pomocy. Ale gdyby nie on... Co by się wtedy stało?
- Trochę. Ale mogło być gorzej. Nie przejmuj się, zapomnijmy o tym, dobrze? – odpowiada, starjąc się uśmiechnąć i podnieść mnie na duchu.
- Jak mam zapomnieć o swoim pierwszym akcie samoobrony? - próbuję zażartować, ale głos mi się łamie, więc nic więcej nie mówię. Wstaję, żeby przemyć twarz zimną wodą, bo trochę mnie piecze. Zauważam ślad po ręce Strażnika. Świetnie. Zboczeniec i damski bokser. Oczywiście nie odważyłabym się powiedzieć mu tego w twarz.
- Jak to zorganizujemy? - pytam szeptem.
- Co?

Pokazuję na migi, że chodzi mi o unieszkodliwienie Strażników. Jak szybko z romantycznej sytuacji robi się narada wojenna. Brandon przystawia palec do głowy i wykonuje wyimaginowany strzał. Kręcę głową. Nie zabiję ich. Pokazuje na siebie. Zamieram. Nie umiem sobie wyobrazić morderstwa z zimną krwią. A w roli zabójcy człowieka, który tak rozpaczliwie pragnie zapewnić mi poczucie bezpieczeństwa. Staje w mojej obronie i nawet się nie skarży, kiedy niesłusznie obrywa. Moje rozmyślania przerywa "młody" wchodzący do łazienki.

2 komentarze:

  1. Bardzo fajny rozdział. ;D Chyba mój ulubiony, może z wyjątkiem pierwszego. Coś się dzieje a do tego wątek romantyczny ^^ Jak na mój gust za mało opisów i z wytykania błędów to tyle xD Czekam na ciąg dalszy ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. świetny. ♥ idę czytać dalej. ;>

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)