Rozdział IV

- Powinni być w pracy. - Niejasne przeczucie podpowiada mi, że muszę szeptać.
Jest coś jeszcze, czego nie da się nie zauważyć. Z pobliskiego dworca dosłownie wylewają się Strażnicy Pokoju. Ich białe stroje rzucają się w oczy aż za bardzo. Są dobrze zorganizowani, natychmiast zajmują swoje miejsca. Dosłownie rozlewają się po dystrykcie, co przyprawia mnie o mdłości. Jak mrówki wyłpełzające z mrowiska, aby rzucić się na bezbronną ofiarę. Od razu przed oczami pojawia mi się obraz mrówko-strażników pożerających wszystkich, którzy pojawią się na drodze. Ble. To porównanie nie pomaga mojemu ściskającemu się żołądkowi. Przeciwnie.
- Koniec pracy na dziś! - krzyczy przez megafon jeden z nich. - Należy niezwłocznie udać się do domów. Zakaz opuszczania obowiązuje do odwołania. Za piętnaście minut zamknięte zostaną ulice. Obywatele, którzy będą na nich przebywać zostaną surowo ukarani. Powtarzam...
I tak w kółko. Wryje mi się w pamięć do końca życia.
- Cholera, nie zdążę - słyszę obok siebie głos Brandona. Już mam coś odpowiadać, kiedy podchodzi do nas jedna z białych postaci.
- Dokumenty - rzuca ostro.
Patrzę w kierunku przerażonego Brandona. Tak dawno ich nie sprawdzano, że nie wziął z domu swoich. Wyciągam z kieszeni papiery i podaję strażnikowi. Ogląda je po czym chowa do torby.
- Teraz ty - rzuca do Brandona, który kręci głową. - No to na komisariat.
- Nie! - z moich ust wydobywa się krzyk, którego natychmiast żałuję, kiedy zamierza się na mnie. Opuszcza jednak rękę. - Mogę potwierdzić jego tożsamość.
- Niech wam będzie. Mów – warczy, przewracając oczami. Białka wychodzące na wierzch tylko zwiększają intensywność mdłości.
Nie wiem, do kogo skierowane jest to polecenie, ale mój przyjaciel zaczyna, więc decyduję się zamknąć. Stoję wgapiona w posępną twarz mężczyzny. Nie jestem pewna, czy nie mam przy tym otwartych ust. Z resztą mniejsza o to. Ten człowiek mnie przeraża i chyba zdaje sobie z tego sprawę. Punkt dla niego.
- Korsten 16, 666-778, Brandon Bastian Fossel, szesnaście lat, rodzice Anne i Marson.
Strażnik wklepuje dane w małe urządzonko wyciągnięte z kieszeni. Przygląda mu się z uwagą. Po
chwili dobywa się z niego damski głos:
- Trasa: Main 23 - Korsten 16. Szacowany czas dotarcia: dwadzieścia minut.
- Za daleko. W zasadzie powinienem cię zamknąć, ale mam już za duży balast. - Wskazuje na trzy osoby stojące za nim. Mam ochotę krzyczeć, kiedy zauważam tam Ronnie. Nigdy nie nosi dokumentów. Czuję ciarki przebiegające po plecach. Tylko nie ona. Przecież to prawie moja siostra. Tak bardzo chcę po nią iść... Tak bardzo... - Pójdziesz do niej. - Wskazuje na mnie palcem.
- Mogę zabrać też tę brunetkę, Ronnie, potwierdzić dane, znam ją – wyrywa mi się.
Strażnik kręci głową. Wypisuje jakiś druczek i podaje Brandonowi. Karta pobytu tymczasowego. Widziałam taką raz i to w telewizji, na starym filmie, który puszczała nam pani od historii. To takie dziwne, ale dokładnie w tym momencie czuję, że świat, istniejący choćby wczoraj, znana rzeczywistość, zostają odgrodzone grubą linią. Ogrodzeniem pod napięciem, wysokim na dziesięć metrów i tyle samo wkopanym w ziemię. Instynktownie wyczuwam, że to nie wróci. Nie pójdę w poniedziałek do szkoły. Nie będę zasypiać na angielskim, bo przerobiłam już materiał trzy razy. Nie będę ślęczeć do późnej nocy nad zeszytem z matematyki, budzić Rigley'a i błagać, żeby wyjaśnił mi zadania wymagane na tróję. Ani wkuwać biologii, siedząc na łące, a właściwie opalać się z książką pod głową. Nie będę.
- Pokażesz to strażnikowi na Rombrow.
Wyciąga moje papiery i podaje mi. Chwytam je drżącą, spoconą dłonią i mocno zaciskam palce.
- Zostało siedem minut, więc radzę biegiem.
Odwraca się na pięcie i wraca do grupki Ronnie. Zerkam na przyjaciółkę. Nasze spojrzenia się spotykają. Chcę pomóc. Widzę łzy w jej oczach. Ona prawie nigdy nie płacze, jest sto razy twardsza ode mnie i właśnie dlatego się przyjaźnimy. Może mogłabym jeszcze... Brandon chwyta mnie za nadgarstki i zmusza, żebym popatrzyła mu w oczy.
- Nie możesz nic zrobić.
Kręcę gwałtownie głową. Mogę, tylko jeszcze nie wiem jak. Potrzebuję chwili, żeby wymyślić jakiś plan. Problem w tym, że musiałabym się najpierw uspokoić. Nie pomaga w tym szybko bijące serce i drżące kolana. Pięć minut. Boże, daj mi pięć minut. Rozciągnij dobę o ten ułamek wieczności i pozwól mi...
- Poza tym, jeszcze nic się nie dzieje.
- Nie? - piszczę. - To co oni tu robią?
Teraz to on kręci głową.
- Musimy biec. Mamy pięć minut. Inaczej skończymy jak Ronnie. Rodzice cię potrzebują
Skończymy? To słowo jest takie ostateczne. Wyrywam się z uścisku i rzucam ostatnie spojrzenie przyjaciółce. Na swoje nieszczęście dostrzegam, że Strażnik patrzy na nią pożądliwie. Bydle. Brandon mocno chwyta mnie za rękę i ciągnie w stronę Rombrow. Po chwili zaczyna biec. Nie mam wyboru.
To nie tak, że nigdy nie było u nas facetów w białych kombinezonach. Mamy jeden posterunek, ale zwykle zajmują się drobnymi przestępstwami, które i tak zdarzają się rzadko. Powinni nas legitymować na ulicy. Powinni dopilnować, żeby godzina policyjna (22:00) nie była fikcją. Powinni, ale tego nie robią. Za bardzo się rozleniwili przez lata pracy w spokoju. Za to ich koledzy są świetnie przygotowani. I, jak zdążyłam zauważyć, mają znacznie nowszą broń. Nie znam się na tym, co nie zmienia faktu, że wyglądają groźnie.
- Musimy przyspieszyć Sammy - mówi łagodnie.
Gdyby to był bieg na wf-ie, z pewnością nie wykrzesałabym z siebie energii. Ale to inna bajka. Od zawsze nienawidzę sprintu. A teraz ta nienawiść rośnie coraz bardziej, kiedy mijamy kolejne metry. Jesteśmy już na znajomej, leśnej drodze. Chodzę tędy codziennie, ale teraz wydaje mi się dwukrotnie dłuższa. O dziwo, nogi poruszają się nadal. Może to za sprawą niemal ciągnącego mnie momentami przyjaciela, którego kondycja mocno przewyższa moją. Jednak też jest zmęczony.
- Brandon, przepraszam – udaje mi się wykrztusić po kolejnym potknięciu.
- Nie mów teraz, bo dostaniesz zadyszki - sapie.
Trzydzieści sekund przed czasem wpadamy razem z drzwiami do domu. Po drodze nie mijamy ani jednego Strażnika, ale to jeszcze nic nie znaczy. To obrzeża, mogli nie zdążyć. Modlę się w myślach, żeby się zgubili i w ogóle nie dotarli. Przypomina mi się uczucie obrzydzenia na ich widok w moim dystrykcie. A niebawem mają zacząć panoszyć się również w moim domu. Korzystać z mojej toalety, jeść z moich garnków (nieważne, że niemal ich nie używam), stąpać po mojej podłodze i siedzieć na mojej kanapie. W moim salonie. Nagle czuję związek z każdym meblem, każdym przedmiotem w domu.
Mama i Rig są już na miejscu. Oboje wydają się podenerwowani. Padamy z Brandonem na kolana i próbujemy złapać oddech. Nie powiem, ciężkie zadanie. Mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca na umytą rano podłogę. Pot spływa sporymi strużkami po plecach, a w głowie pulsuje krew.
- Tak się bałam, Sam! - krzyczy mama. - Gdzie ty się podziewałaś?! Ogłosili alarm!
Wskazuję ręką na kartkę na stole. Alarm? Czyli sprawa musi być poważna. Daję jej znak, żeby mówiła dalej. Sama próbuję powoli dojść do siebie po wysiłku. Wyraz jej twarzy to dziwna mieszanka lęku, złości i troski. Mam ochotę ją przytulić. Wytłumaczyć, że wszystko będzie dobrze, choć sama nie jestem tego pewna. Szkoda, że nie mam siły nawet podnieść się na nogi.

- Pokazali materiał ze Swansonem. Za godzinę w każdym domu ma być po dwóch Strażników. Mówił coś o... Zaraz sami zobaczycie.

8 komentarzy:

  1. http://lonelinesscanbecomfortable.blogspot.com/p/potega-terazniejszosci.html
    Zapraszam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Jak usiądę do laptopa, to wstawię, bo mam już dużo ;) Miło, że się interesujesz <3

      Usuń
  3. Zrobiłaś dużo literówek, ale mniejsza o to. Każdemu się zdarza.
    Chyba zacznę pisać pod każdym postem 'długość twojego rozdziału jest zbyt krótka' abyś to zapamętała xD
    Wiem, że teraz nie zaczniesz wszystkiego poprawiać, bo jednej dziewczynie się nie spodobało, ale to tak na przyszłość ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. Tutaj, ale też wcześniej, zauważyłam literówki. Poza tym opowiadanie mnie wciągnęło i to bardzo <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudoooooooooo *.*

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję, <33
    Mam mobilizację, żeby pisać dalej. :o

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)