Rozdział III

Wstaję wcześnie i idę do kuchni, gdzie piętrzą się naczynia po kolacji. Zmywam je w zimnej wodzie, po czym wracam do pokoju, ubieram się, biorę kurtkę Brandona i wychodzę po uprzednim zostawieniu na stole wiadomości, żeby się nie martwili, chociaż pewnie i tak nie mają do tego głowy. Bezskutecznie próbuję nie myśleć o tym wszystkim. Chociaż dobrze wiem, że uciekanie od problemu go nie rozwiąże. Tata wyszedł do pracy wcześniej, więc nawet nie mam okazji się z nim zobaczyć. Idę okrężną drogą, żeby wszystko sobie poukładać. Skład atomowy. Rewolucja. Tajemnice. Niechęć Rigleya. Zapał Arlen i reszty. Brandon. Po około dwóch godzinach docieram nad jezioro, choć normalnie zajęłoby mi to dziesięć minut. Zrobiłam naprawdę duże kółko. Albo nawet dwa. Nie spóźniam się, jeszcze go nie ma. Spoglądam na zegarek: dziewiąta piętnaście. "Rano" zawsze oznaczało u nas dziewiątą. Nie mógł zapomnieć, skoro ja pamiętam.
Zjawia się pół godziny później. Przytula mnie na powitanie, czym jestem trochę zdziwiona. Podaję mu kurtkę. Rozkłada ją na trawie. Siada i proponuje, żebym zrobiła to samo. Polana wygląda pięknie wiosną. Kwiaty zaczynają rozkwitać, a soczysta zieleń trawy wydaje się zupełnie nie pasować do dystryktu kojarzonego z kopalniami i pyłem.
- Kiedy doszedłem wczoraj do domu, usłyszałem mniej więcej to samo, co u ciebie. No i dowiedziałem się, że dzisiaj w południe na placu odbędzie się głosowanie przedstawicieli rodzin. Jeśli się zgodzą, wybuchnie powstanie - mówi nagle.
Głosowanie?! Publicznie?! Plac przed Pałacem Sprawiedliwości jest najbardziej uczęszczanym punktem dystryktu. To będzie największa prowokacja w dziejach trzynastki. I najniebezpieczniejsza. Nie mogli wybrać innego miejsca? Chociaż z drugiej strony nagłe zagęszczenie na, powiedzmy, leśnej drodze byłoby bardziej podejrzane. Mam nadzieję, że wszystko dobrze przemyśleli.
- Nie boją się, że Kapitol się dowie?
- Kapitol już dawno wie. Wiedział to od zawsze. Prezydent Sparks przeczuwał taki scenariusz, tylko nie tu, u nas. Mają nas za sojuszników. W magazynach jest masa broni, którą kazali przygotować dla siebie. Przejadą się na tym.
Ciekawe, czy jeszcze jakiś dystrykt z nimi współpracuje? Nie mogę uwierzyć, że my to robimy. Choćby na pokaz. Ale jednak.
- A ty co o tym myślisz? - pytam.
- Że damy radę, jeśli uda się wciągnąć inne dystrykty. Sami nic nie zdziałamy, nawet z takim arsenałem. - odpowiada z opanowaniem w głosie.
- W kupie siła. - Uśmiecham się blado. To jego powiedzenie. - Tylko czy się zgodzą?
- Nie wiemy do końca, jak jest gdzie indziej. Dzieje się źle, ale czy na tyle, żeby wystąpili przeciwko stolicy? Może. Właściwie mam taką nadzieję.
Nadzieja na rozlew krwi. Brzmi makabrycznie i niemal nieludzko. Zabić by móc godnie żyć. Tak się dzieje od wieków. W przyrodzie. Wśród ludzi.
- Nie umiemy walczyć – mówię teraz niemal beztroskim głosem. Nie poznaję samej siebie.
- My nie, ale dorośli tak. Od dziesięciu lat każdy pełnoletni przechodzi szkolenie wojskowe. Damy radę. Nie mamy wyjścia. Nie słyszałaś o tym?
Kręcę głową z dwóch powodów jednocześnie. Cały czas myślę o tym, że...
- Nie zabiję człowieka, nie potrafię... – odpowiadam w końcu, kuląc się w sobie. Nigdy z nikim o tym nie rozmawiałam, prawdopodobnie dlatego, że nie było takiej potrzeby. Nawet ewentualności.
- Wiem, Sammy. - Kładzie mi rękę na ramieniu. Słyszę, że ma podobne wątpliwości. Moralność czasem aż zanadto przeszkadza w podejmowaniu decyzji. Tylko czym bylibyśmy bez niej? Zwierzętami. Drapieżnikami próbującymi wdrapać się na wyższy poziom troficzny. - Ale czasem nie ma innego wyjścia. Przetrwamy to, a potem będzie dobrze – kończy, delikatnie gładząc moją rękę. Chce mnie uspokoić.
"O ile przetrwamy"- ciśnie mi się na usta. - "O ile będzie dobrze."
- Ty wiesz, że to nastąpi. Już wiesz, jaki będzie wynik głosowania. Wiesz o wszystkim- odpowiadam. Jest tego taki pewien, w jego oczach znów maluje się determinacja. Iskra nadziei. Dostrzegł szansę zmiany dla siebie i kolejnych pokoleń. Zamierza ją wykorzystać.
- Nie może być inaczej. Kiedy zdecydują, powiedzą nam – odpowiada twardo, przenosząc wzrok na korony drzew kołyszące się miarowo wśród podmuchów wiatru.
- Nie rozumiem, dlaczego nic nie wspominali. Mogli nas wyszkolić. Każdy by się przydał – mówię, podążając za jego spojrzeniem. Tutaj naprawdę jest pięknie. To może zniknąć. My możemy zniknąć. O ile powstanie wybuchnie.
- Ja też nie. Ale mniejsza o to, mam w domu broń. I to dużo. Teraz wiem, po co w każdym jest minimum jeden pistolet.
Nagle słyszymy hałas. To pociąg. Co dziwne, nadjeżdża od strony Kapitolu. Dobrze widać stąd tory. To jakiś szybki, nie taki, jakim przewozi się grafit. I cały biały. Czysty. Zupełne przeciwieństwo jego właścicieli. Nie zdziwiłabym się, gdyby nawet krew mieli czarną. Nie spodziewamy się gości, powiedziano by o tym w telewizji. Może być tylko jeden powód.
- Dowiedzieli się - mówimy jednocześnie.
- Co teraz będzie?! - krzyczę. - Co z nami?
Panikuję. Znowu i dobrze o tym wiem, ale nie mogę przestać. Chyba właśnie na tym to polega. Może rzeczywiście powinnam była iść do psychologa zanim zniknął z dystryktu. W niewyjaśnionych okolicznościach. Jak wszyscy specjaliści.
- Brandon...
Nie wiem, co chcę powiedzieć. Bran obejmuje mnie i tuli do siebie. Spazmatycznie łapię powietrze, nie mogąc się uspokoić. Walczę ze strachem, ale przegrywam, jak zawsze.
- Ciii. Nie wiemy, po co tu jadą. Może nic złego się nie stanie - mówi spokojnie, choć czuję, że on też się trzęsie. Mamy dopiero szesnaście lat i tak naprawdę nie mamy pojęcia o niczym. Jesteśmy tylko dziećmi. Tylko dziećmi, przecież nie skrzywdzą dzieci. Ale Rig nie jest dzieckiem. Ani mama. Ani tata. Ani Arlen. Ani Cam. Co by się stało z Flo, jeśli zabraliby jej rodziców? A co z rodzeństwem Ronnie?
- Poza tym, nie mają nas za co ukarać. Na razie to wszystko tylko słowa - ciągnie.
Nic nie zrobiliśmy. Chwytam się tej myśli i walczę, by wydostać się spod warstwy strachu na powierzchnię. Trwa to minutę, może dwie, ale czuję, jakby minęły godziny. W końcu się udaje. Puls zwalnia, a ja mogę zebrać myśli.
- Dzięki - mówię lekko zachrypniętym głosem. - I przepraszam. Ostatnio za często mi się to zdarza.
- Wszyscy się boimy. I tak naprawdę nikt nie wie, jak będzie. – Gładzi mnie po głowie po czym opuszcza dłonie wzdłuż ciała.
Patrzymy na siebie ze zrozumieniem i smutkiem. Jego brązowe oczy są otwarte szerzej niż zwykle. Zapewne moje wyglądają podobnie. Przerażone.
- Skąd to wszystko... Kto ci powiedział? O Sparksie, współpracy z Kapitolem? - zadaję nurtujące pytanie.
- Mam dobry słuch, a rodzice są za głośni. - Mruga do mnie, próbując rozładować sytuację.
Siedzimy w milczeniu, nadal trzęsąc się ze strachu. Czuję się tak, jakby wraz z wjazdem pociągu temperatura spadła o kilka stopni. Słońce chowa się za chmurami. Zrywa się wiatr. Nie możemy nic nie robić, wiem o tym. Nasze rodziny nie są bezpieczne. My na razie tak, ale zostanie na polanie to najbardziej egoistyczne zagranie. Nie wybaczylibyśmy sobie, gdyby coś im się przez nas stało.
- Musimy wrócić, Bran.
- Wiem, czekałem, aż ty to powiesz.

Wstajemy i biegiem ruszamy w stronę mojego domu. Stoi zdecydowanie bliżej niż Brandona. Kiedy znajdujemy się już na drodze, zauważamy poruszenie. Znajome i nieznajome twarze mieszają się ze sobą, słychać podniesione głosy. Jest tu zdecydowanie za dużo ludzi.

4 komentarze:

  1. Pierwszy akapit:
    '...wychodzę po uprzednim zostawieniu na stole wiadomości, żeby się nie martwili, chociaż pewnie i tak nie mają do tego głowy...'
    Aby kto się nie martwił? Sąsiedzi? Sprzedawcy mleka? śmieciarze?
    Tak, wszyscy mamy w domyśle, że chodzi o rodziców, ale równie dobrze mogłyby to być wymienione przeze mnie osoby. Powinnaś to poprawić.
    Czas na moje standardowe zażalenie: Za krótkie!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Uważam, że nie piszesz za krótko. Moim zdaniem całość jest super :) Trochę tylko denerwują mnie imiona ;) Ale taka już jestem, muszę się do czegoś przyczepić :) Masz talent, musisz go jakoś rozwijać i pisać, pisać, pisać ;)
    P.S. Rok 2014, nikłe szanse, że przeczytasz ten komentarz ;)


    PREMIERA KOSOGŁOSA W TYM ROKU :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że czytam i bardzo mi miło, że się podoba. ;)
      Obiecałam sobie, że skończę to wszystko, więc skończę, nie ma strachu. ;D
      Tylko że już chyba nikt tutaj nie wchodzi. :/

      Usuń
    2. Może dlatego, że dawno nie pisałaś nic nowego ;) Jestem pewna, że gdy dodasz kolejną część (na co czekam) pojawią się czytelnicy :) ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡♡ Pozdrawiam :)

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)