Rozdział II

Kolejna długa chwila milczenia. Wsłuchuję się w przyspieszone bicie własnego serca. Panikuję. Niepotrzebnie. Powtarzam to sobie w nieskończoność. Ja zawsze panikuję. Ale teraz ten strach poparty jest okropnym przeczuciem. Rozmyślanie o księżycu wcale mnie nie uspokoiło. Próba oderwania się od okropnych myśli nie powiodła się.
- Odprowadzę cię do domu - przerywa moje rozmyślania.
Traktuje brak reakcji jak zgodę. I słusznie. Nie chcę być sama. Pomaga mi wstać z kamienia, na którym siedzę i powoli popycha wózek z Florance do przodu. Kilka minut później wybucha śmiechem, od którego prawie się krztusi. Nie wiem, o co mu chodzi, ale to strasznie zaraźliwe, więc po chwili do niego dołączam. Zwłaszcza, że jestem teraz wypełniona mieszaniną tak wielu uczuć. Wydajemy z siebie takie dźwięki, że Flo się budzi, ale jest zbyt zaskoczona, by zacząć płakać. Patrzy to na jedno, to na drugie swoimi wielkimi, niebieskimi oczyma. Udaje nam się uspokoić niedaleko mojego domu. Mała natychmiast zasypia, orientując się, że widowisko skończone. Marzę, żeby kiedyś mieć takie złote, mądre dziecko.
- Co cię tak rozśmieszyło? – pytam wreszcie, kiedy udaje mi się wyrównać oddech.
- Po prostu mogliśmy wyglądać jak rodzina, wracająca ze spaceru... – odpowiada, delikatnie się czerwieniąc, co zupełnie zbija mnie z tropu.
- Takie zabawne?! – mówię trochę za głośno.
- Wcale. To ze stresu, często tak mam – usprawiedliwia się, unosząc lekko kąciki ust.
Milczymy. Długo. Słychać tylko pohukiwanie sowy w lesie i szum gałęzi. W nocy takie odgłosy odbieram zupełnie inaczej niż w dzień. Teraz wydają mi się złowrogie i zwiastujące niebezpieczeństwo. Może natura wie lepiej, co się stanie. Może od zawsze wiedziała.
Kiedy jesteśmy już blisko, udaje nam się usłyszeć strzępki kłótni. Kłótni? Pierwszy raz w życiu słyszę, jak tata krzyczy. Wiemy, że powinniśmy się trzymać z dala, ale zgodnie podchodzimy bliżej i chowamy się za drzewem, by nikt nie mógł nas dostrzec w snopie światła padającym z okna. Głosy stają wyraźniejsze.
- Nie jesteśmy gotowi! - To Rigley.- Zabiją nas jak muchy!
- Nie zapominaj, co mamy! Jesteśmy potężniejsi od Kapitolu! - Mąż Arlen, Cam.
Trzaśnięcie drzwiami i widok brata wybiegającego z domu i kryjącego twarz w dłoniach. Słyszę jego cichy szloch. Mnie także chce się płakać. Zawsze tak się czuję, kiedy widzę czyjeś łzy. Nic na to nie poradzę.
- Zrozumcie go, boi się! - Mama.
- A my nie?! - Arlen krzyczy?! - Mam małe dziecko, a jednak się nie sprzeciwiam! Nie możemy tak żyć!
- Ta rozmowa nie ma sensu, zdecydowaliśmy. Większość jest za. Jutro przekażcie to w zakładach pracy. Zaczniemy działać - oznajmia wreszcie tata.
- Teraz albo nigdy - popiera go Arlen.
Wtedy Rigley odwraca się i wraca do nich. Właściwie tylko po to, by odmówić brania odpowiedzialności za to głosowanie. Głosy powoli cichną, więc decydujemy się wyjść z ukrycia. Z trudem się prostuję. Boję się stanu, w jakim jest rodzina. A szczególnie Rig. Wtedy zdaję sobie sprawę, że mocno ściskam dłoń Brandona.
- Przepraszam - bąkam.
- Spotkajmy się jutro rano nad jeziorem na polanie – mówi, ignorując moje słowa.
Kiwam głową, żegnam się, odbieram wózek i powoli zmierzam w stronę domu. Trzaskam drzwiami na tyle głośno, żeby mnie usłyszeli. Nie chcę być świadkiem kolejnej kłótni. To za dużo na dziś.
- Dziękujemy za pyszną kolację - Arlen stara się, żebym nie zauważyła, jak bardzo wszyscy są zdenerwowani. Nie jestem głupia. Jeśli tak myśli... Nawet dziecko zauważyłoby, że coś się stało. - O, Samantha, wróciłyście! Jak tam mój aniołek?
- Grzeczny. Jak zawsze. - Staram się uśmiechnąć. Wiem, że mi nie wychodzi, ale nikt oprócz Arlen nie zwraca na mnie uwagi. I dobrze.

Ze sztucznym uśmiechem na twarzy oddaję wózek i idę na piętro do pokoju. Po drodze spotykam Rigley'a. Nie wygląda najlepiej, ale nie mogę go pocieszyć. I tak nic nie powie. Rezygnuję z kąpieli. Wolę umyć się rano. Poza tym to żadna różnica. Od dawna nie ma ciepłej wody. Ściągam z siebie kurtkę i dopiero wtedy zauważam, że nie oddałam jej Brandonowi. Musi marznąć w drodze do domu. To pół godziny drogi. Mam nadzieję, że się nie rozchoruje. Kładę się do łóżka, ale długo nie mogę zasnąć, a kiedy już mi się udaje, męczą mnie koszmary. Znowu topię się w strumyku, tylko teraz jest o wiele głębszy. Wybucha bomba atomowa, wszyscy giną, a ja umieram powoli, patrząc na ciała mojej rodziny. Przychodzę nad jezioro, ale Brandona nie ma. Zginął na wojnie. Wojna, strach, krew, łzy. Tak wygląda moja noc. Niewątpliwy skutek szoku przeżytego wieczorem. Kilka razy budzę się z płaczem. Rzadko mi się to zdarza.

3 komentarze:

  1. Zachwycałam się nad poprzednim rozdziałem, ale ten mnie niemile rozcarował ;/
    Teraz wytknę ci błędy ;pp
    1. Za krótkie. Odniosłam wrażenie, że napisałaś to byle szybciej i na odwal, tylko aby było.
    2. Pisanie wypowiedzi, robienie myslnika i pisanie kto to. Pozwolę przytoczyć sobie przykłady : '- Nie zapomninaj, co mamy! Jesteśmy potężniejsi od Kapitolu. - mąż Arlen, Cam' oraz '- Zrozumcie go, boi się. - mama'. Sorry, jeśli cie to urazi, ale według mnie to fatalne. Tak ciężko jest dopisać typu: powiedziała, rzekła, wyszeptała, westchnęła, krzyknęła, zaprzeczyła, dodała, odparła, odpowiedziała czy coś w tym stylu. Wtedy rodział wyglada na bardziej dopracowany i lepiej się go czyta.
    3. Terść. Ogółem rodział jest o tym, że Sam wraca do domu. Przy okazji jest mały epizod o tym, że słyszy kłótnię rodziny i to tyle. Tak na prawdę sam kawałek opowiadania o tym, że bohater wraca do domu niczego nie wnosi do fabuły.
    Jak już mówiłam, ten rodział jest moim zdaniem pisany na odwal ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początkowo wszystko było pisane ciągiem, dopiero potem podzielone na rozdziały, żeby w miarę pasowało. Dopiero później zaczęłam pisać rozdziałami. Tak dla wyjaśnienia ;)

      Usuń
    2. Aha, no spk, rozumiem. ;D Choć ja bym te fragmenty robiła większe. Ale to ja ;pp

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)