Rozdział I

Jak co wieczór idę do kuchni na skromną kolację. Nie mogę narzekać, bo nigdy nie zaznałam głodu. Przejedzenia też nie, ale mniejsza o to. Tata jeszcze nie wrócił z kopalni. Ostatnio coraz częściej zatrzymują go w pracy. Mówi, że znaleźli duże złoże grafitu. Nigdy nie interesowałam się tymi sprawami, choć mogą mi się kiedyś przydać. Nie wiadomo, gdzie znajdzie się praca, którą niewątpliwie będę musiała podjąć po szkole. W końcu kobiety w kopalni to u nas nic dziwnego. Mojemu starszemu bratu Rigley'owi udało się znaleźć bezpieczniejszy zawód. Niestety nie pachnie zbyt pięknie. Kanalarstwo. Nie narzeka, pieniądze przydają się bardziej niż cokolwiek innego. Denerwuje mnie, że zostałam jedyną osobą w rodzinie, która na siebie nie zarabia. Oczywiście staram się pomagać, ale mam dopiero niecałe szesnaście lat i nikt nie chce przyjąć mnie do pracy. Boją się kar ze strony Kapitolu za napędzanie czarnego rynku. Ronnie, jedna z najbliższych koleżanek rozumie moje podejście. To, że wolałabym rzucić szkołę. Chciałaby zrobić to samo. Ale woli nie myśleć o dorosłości. Boi się jej, jak wielu rówieśników. To dlatego, że często trudno jest wykarmić tu rodzinę. Ronnie ma cztery młodsze siostry, a jej mama nie żyje. Jest ciężko, więc próbuję jej jakoś pomagać, choć to niełatwe. Po pierwsze, dlatego, że jest zbyt dumna, a po drugie, sama nie mam za wiele.
Tego wieczoru przychodzi jeszcze Arlen z mężem. Jest zaledwie cztery lata starsza ode mnie, a ma już trzymiesięczną córeczkę. Niby nic niezwykłego, ale ciężko wyobrazić sobie, że niedługo mogę być już matką. To słowo kojarzy mi się ze stateczną kobietą, a nie, jakby nie patrzeć, nastolatką. Arlen to przyjaciółka Riga, więc jest u nas częstym gościem. Również dlatego, że ma ostatnio problemy finansowe, a my pełnimy rolę nieoficjalnej jadłodajni. Tak jakoś wyszło. Jeśli możemy - pomagamy.
W pewnym momencie mała zaczyna płakać. Zrywam się do wózka, żeby ją uspokoić. Ponoć mam podejście do dzieci.
- Może wyjdziesz z Florance na spacer, dotleni się i będzie spokojniej spała? - proponuje mama.
Wyczuwam nutę niepokoju w jej głosie. Atmosfera w kuchni jest jakaś dziwna. Inna. Nagle mam wrażenie, że wszyscy czekają na to, żeby jedyne niepełnoletnie opuściły dom. Jakby chcieli porozmawiać o czymś, o czym nie powinnam wiedzieć. Rzucam wściekłe spojrzenie Rigowi. Odwraca wzrok i wbija w podłogę. Z pewnością wie, co mam na myśli. Zawsze traktują mnie jak dziecko. Ubieram Flo i wyprowadzam wózek na dwór, spotykając po drodze tatę. Macha mi na powitanie, ale wydaje się przygaszony i zmartwiony. Utwierdza mnie tym w przekonaniu, że coś jest nie w porządku. Zamykam oczy i delektuję się chłodnym dotykiem powietrza na skórze. W takich chwilach czuję się wolna. Nie wzięłam kurtki, ale noce nie są już mroźne. Po przejściu kilku metrów słyszę cichy szelest. Nie mogę zobaczyć kto (lub co) się za mną skrada, bo od niedawna w godzinach wieczornych wyłączają prąd. Podobno oszczędności. Szkoda tylko, że ostatnio oszczędzają na wszystkim, łącznie z wypłatami.
- Samantha - dociera do mnie znajomy głos.
Natychmiast odwracam się, szukając jego źródła, a konkretnie Brandona.
- Tu jestem - delikatnie dotyka mojego ramienia.
Ta wizyta wydaje mi się, delikatnie mówiąc, niespodziewana. Fakt, kiedyś byliśmy z Branem najlepszymi przyjaciółmi. Od dwóch lat jednak nie zamieniliśmy słowa. Właściwie nie wiem, dlaczego. Straciliśmy łatwość, z którą potrafiliśmy rozmawiać. Stwierdził, że niektóre jego znajomości się wypalają. Z czasem nie umieliśmy nawiązać już żadnego kontaktu, straciliśmy zaufanie. Znalazł sobie nowych przyjaciół. Smutne, przepłakałam przez to wiele nocy. Nie mam mu niczego za złe. Kiedy widzę go przed moim domem - cieszę się. Tęsknię za wielogodzinnym przesiadywaniem na łące i roztrząsaniem każdej sprawy, która przyszła nam do głowy.
- Co tu robisz? - udaje mi się tylko wykrztusić.
Nasz dom stoi w odosobnieniu, więc nie mogło to być przypadkowe spotkanie. Musiał mieć jakiś konkretny cel, przychodząc tutaj.
- Nie wiem, szczerze mówiąc. - Uśmiecha się. - Ale musimy pogadać. To ważne.
W niemal zupełnej ciszy ruszamy przed siebie. O nic nie pytam. Z ledwie maskowanego napięcia na jego twarzy wnioskuję, że ten powód jest naprawdę poważny. Zatrzymujemy się przy strumyku, w którym omal oboje nie utopiliśmy się dziesięć lat wcześniej. To chyba najgorsze wspomnienie z wczesnego dzieciństwa.
- O czym chcesz rozmawiać?
- O broni jądrowej.
- I tak nagle ci się zebrało? - prycham.
- To dotyczy nas wszystkiech. Czy twój tata ostatnio późno wraca z pracy? Nie jest upaprany pyłem? Rzadko mówi, jak mu minął dzień?
Zastanawiam się chwilę. Rzeczywiście, ostatnio bardzo niewiele wspominał o graficie i nie przesiadywał godzinami w łazience, żeby się domyć.
- Co to ma wspólnego z bronią jądrową? – rzucam, nie do końca rozumiejąc, dlczego fatygował się taki kawał, żeby się ze mną spotkać.
- To proste. Nasi ojcowie w ogóle nie zjeżdżają do kopalni. Zajmują się zbrojeniami atomowymi.
Przez chwilę nie mogę wydusić z siebie ani słowa. A rzadko mnie zatyka.
- I takie wnioski wyciągnąłeś poprzez obserwacje zachowania ojca? Nie bądź śmieszny! - udaje mi się w końcu wykrzyczeć.
- To dlaczego na kopalni jest znak ostrzegający przed promieniowaniem? Supergroźny grafit? Wątpię, Sam. Tu chodzi o coś większego. Poza tym, podsłuchałem rozmowę rodziców. Nie powinni być tak nieostrożni. Trzynastka to wielki magazyn nuklearny Kapitolu. Wierz mi albo nie, ale kopalnia jest dużo większa, niż nam się wydaje. Tam trzymają to ustrojstwo i produkują nowe.
Zdecydowanie za szybko przechodzi do rzeczy, powodując nieoczekiwany chaos w mojej głowie. To niemożliwe, nie... Przecież... A jednak mu wierzę. Zawsze mu wierzyłam. Taka jest prawda.
- To dlaczego nic nam o tym nie wiadomo? – dopytuję jeszcze bez większego sensu, nawet nie oczekując logicznej odpowiedzi. A jednak ją otrzymuję.
- Wtajemniczeni powinni być tylko pracownicy, to jakieś tajne, ale większość dystryktu aż huczy od plotek. Coś się szykuje. Próbowałem wypytać mamę, tatę, ale to na nic. Wszystkiemu zaprzeczają. Przynajmniej wiem, że nie umieją kłamać.
Jasne. Dobrze znam jego rodziców. Mieli problemy nawet z wciśnięciem mu, że święty Mikołaj przynosi prezenty. I tak nie uwierzył. Rzeczywiście, marni kłamcy. Nigdy jednak nie uważałam tego za wadę. Cenię sobie szczerość, dlatego tak się cieszę, że Brandon opowiada wszystko bez ogródek. Właściwie czuję teraz dziwną mieszaninę strachu, złości i radości. Gubię się w tym. A szczególnie w jednym...
- Dlaczego mówisz o tym akurat mnie?
- Bo jesteś jedyną osobą, która rozumuje podobnie. I wiedziałem, że mnie nie wyśmiejesz. Powiedz coś mojej paczce, a od razu wiedzą wszyscy. - Przewraca oczami. Robi tak odkąd go znam. Jego słowa są...
- Czyli... – szepczę bardziej sama do siebie.
- Jesteś jedyną przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałem. Wszystko schrzaniłem. Przepraszam.
Spuszcza głowę i wpatruje się w ziemię. Brandon przyznaje się do błędu? Po tak długim czasie? Zawsze go za to lubiłam. Za umiejętność powiedzenia, że to on jest winny nawet, gdy odbiegało to od prawdy.
- Nawet, jeśli przechowują tam cały arsenał... To co nas to obchodzi? - ignoruję przeprosiny. Wrócimy do tego innym razem. Na pewno.
- Możemy go wykorzystać! Znaczy nie my, tylko cały dystrykt! Gdyby wybuchło powstanie, bylibyśmy zwycięzcami już na starcie! – odpowiada nagle ożywiony. Zauważam iskierki podniecenia w jego oczach.
- Ciii! Nie krzycz tak, bo jeszcze ktoś usłyszy! - karcę go szybko, rozglądając się dookoła. Pusto.
- Powinno usłyszeć jak najwięcej ludzi! Widzisz, co się dzieje? Jest coraz gorzej, mniej jedzenia, ciepłej wody, pieniędzy, prądu.... Jeśli nic nie zrobimy, za kilka lat umrzemy z głodu! Popatrz na centrum, na tych biedaków! Zagłodzeni, błagający o pomoc. A ja nawet nie mam im czego dać, bo sam... - Kręci głową zrezygnowany. - Ty też schudłaś. Średnia długość życia to czterdzieści lat. Czterdzieści! Ja nie chcę umierać, Sam. I Ty też nie. Jesteśmy za młodzi – kończy dobitnie, zaciskając dłoń w pięść.
Jest w tym wiele racji. A Brandon chce tylko poprawy sytuacji. Przecież sama myślałam, o powstaniu. On wypowiada tylko moje myśli na głos. Ale teraz mnie przerażają. Przelanie krwi wielu ludzi za własne życie? Czy jesteśmy tego warci? Co by było, gdybym żyła w luksusie Kapitolu? Jak bym wtedy do tego podchodziła? Zapewne nie przejmowałabym się losem biednych dystryktów. Uważam, że każdy jest w jakimś stopniu egiostą. On chce coś zmieninić. Szkoda, że to utopia.
- Bran, jesteśmy tylko dziećmi - mówię cicho. - Nic od nas nie zależy.
- I właśnie w tym problem. Nie mamy pojęcia o wojnie. – Spogląda smutno przed siebie.
Tak bardzo chciałabym wywołać uśmiech na jego twarzy. Sprawić, żeby się nie martwił. I nie wiem dlaczego, opowiadam mu o wszystkich swoich obawach, o książce, historii, tyranii i o tym, że też myślę o powstaniu. Znów jesteśmy przyjaciółmi. Znowu sobie ufamy i dzielimy się przemyśleniami. To wydaje się naturalne. Zupełnie tak jak kiedyś. Kiedy nie obchodziło nas nic oprócz klasówek w szkole. Ale to nie trwało długo. Dzieciństwo w trzynastce kończy się dużo wcześniej. Z reguły wraz z obejrzeniem pierwszej śmierci. My przeżyliśmy to razem. Na ulicy leżała starsza kobieta. Błagała zachrypniętym głosem o wodę. Podbiegłam do niej i przystawiłam jej butelkę do ust. Podziękowała, uśmiechnęła się i.. Odeszła. Cicho i szybko. Nie czuję się przez to dojrzalsza. Płakałam wtedy przez cały dzień. Zaczęło do mnie docierać okrucieństwo i zło świata, przed którym próbowano mnie chronić. Miałam wtedy dziesięć lat.
- Jest jeszcze jedno - oznajmia po chwili ciszy. - Oni już szykują się do powstania. Dzisiaj mają narady. Dlatego kazali mi wyjść. Tobie też, prawda?
Kiwam głową ze zrozumieniem. Zdenerwowanie, napięcie rodziców, Arlen, Rigley'a.
- Dlaczego nas nie wtajemniczyli? - pytam właściwie samej siebie.
- Przyznałaś, że jesteśmy dziećmi, ale ja myślę... – Nie udaje mu się dokończyć. Wtrącam się. Wiem, co ma na myśli. Nić „telepatii” znów zaczęła działać.
- Że moglibyśmy im pomóc – kończę za niego.
- Właśnie. - Uśmiecha się. - I musimy ich o tym przekonać.
Orientuję się, że zaczynam drżeć. Ze strachu przed utratą znanej rzeczywistości, bliskich, powstaniem, jak również swoim tchórzostwem. No i z zimna, bo co chwilę uderza w nas podmuch wiatru. Dobrze, że Flo jest tak opatulona i smacznie śpi. Myliłam się, majowe noce są jeszcze chłodne. Brandon zdejmuje kurtkę, zarzuca mi na ramiona i zakłada kaptur. Siedzimy chwilę w milczeniu. Chyba jeszcze nie przyjmuję wszystkiego do wiadomości. Skupiam się na ciężarze materiału na plecach i jego przyjemnym zapachu domu, który tak dobrze znam.
- Ja też się boję, Sammy. Ale to nie zdarzy się teraz. Nie może –stara się rozwiać moje obawy.
- Ci ludzie nie są w stanie wywołać rewolucji.

Kiwa głową i wbija wzrok w jakiś punkt przed sobą. Jego ramię stykające się z moim drży tak samo. Wpatruję się w wielki, jasny ksieżyc na niebie i marzę o tym, by być tak obojętna na wszystko jak on. Widział już tylke zła, okrucieństwa, a jednak nadal trwa niewzruszony i wykonuje swoje zadanie. To takie dziwne, że nawet, kiedy wydaje się, że wszystko się zmienia, niektóre szczegóły pozostają takie, jakie były od zarania dziejów.

8 komentarzy:

  1. Kurczę, świetne! Na prawdę!
    Co prawda na początku przypomina prawdziwe Igrzyska Śmierci ze zmienionymi elementami fabuły, ale później gdy już dochodzimy do momentu z bronią jądrową... Ah, szaleństwo :3 ~Glimmer

    OdpowiedzUsuń
  2. Oby tak dalej :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapowiada się świetnie, sam chciałem napisać właśnie coś podobnego. Cieszę się, że ktoś takie coś napisał i bardzo miło mi czytać. Dopiero 1 rozdział, idę wczytać się w następne :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm. Zazwyczaj narzekam oraz jakże surowo karcę (haha) ludzi, za to, że piszą za krótkie rozdziały. U ciebie tego nie zrobię. Jak na mój gust tu jest okay. Temat który miał być zawarty jest wyczarpany i opisany w dość dokładny sposób. Zaimponowałaś mi pomysłem i stylem. ;D
    Jak na razie nie tępię, ale jeszcze zobaczymy ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak się właśnie zastanawiałam, w którym rozdziale wprowadzisz jakiegoś 'chłopca', a tu proszę xd
    Lecę czytać dalej ♥.♥

    OdpowiedzUsuń
  6. Jest świetnie :D
    Wciągnęło mnie, bo czegoś takiego jeszcze nie czytałam :D lecę dalej

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawie, ale miejscami się pogubiłem. Przepraszam, że przejdę od razu do rzeczy, ale tak to już ze mną jest...Akcja dzieje się za szybko, można nie załapać wątku. Może tylko ja tak mam, być może. Dużo błędów i literówek. Najbardziej rzuciło się w oczy: "Nigdy nie interesowałam się tymi sprawami, chodź mogą mi się kiedyś przydać.". Błąd, powinno być "choć", a nie "chodź". Poza tym jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. Zwolnij akcję i nie wprowadzaj tak szybko nowych osobowości. Taka moja sugestia, więc nie przejmuj się.
    Pisz dalej, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Cudowne *.* Lecę czytać dalej :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)