BONUS "Nazywam się"

FanFick pozostaje w tematyce "Igrzysk Śmierci", jednak opowiada o czymś innym niż "Wojna Panem".  Po pierwsze, różni je właśnie tematyka, po drugie, jest to miniaturka, a nie długie opowiadanie ;)
Zapraszam do przeczytania i proszę o opinie :)

"Nazywam się"

To, co się działo jest trudne do opisania. Suche raporty nie wchodzą w grę, bo za bardzo to przeżyłam. Każdą śmierć. Cierpienie. Ból. Właśnie. Przeżyłam. Ale czy tak naprawdę na to zasługuję? Po wszystkim, co się stało, po łamaniu kręgosłupa moralnego dziesiątki razy, nie wiem, co jest dobre, a co złe. Kim jestem. Czy mam jeszcze prawo żyć, kiedy pośrednio pozbawiłam tego cennego daru innych ludzi. Czy należą mi się kolejne porcje powietrza  niezbędne do oddychania. Czy „ja” w dawnym tego słowa znaczeniu jeszcze istnieję. Tylko Bóg może odpowiedzieć na te pytania. Jest miłosierny. Może mi wybaczy. Daruje winy. Problem w tym, że sama nie potrafię tego zrobić.

Zaczęło się w zeszłym roku. Kiedy jeszcze byłam niewinną, dwudziestoletnią dziewczyną. Siedziałam na balkonie jednego z najdroższych apartamentów w stolicy, przyglądając się milionom świateł, przyćmiewających pewnie piękny zachód słońca. Jak cudownie byłoby zobaczyć go leżąc na zielonej, bujnej trawie. Poczuć dotyk świeżego, niezanieczyszczonego powietrza na skórze. Wdychać zapach dziko rosnących kwiatów. Ale nie było mi to dane. I nigdy nie będzie. Tamten wieczór zapamiętam do końca życia. Ostatni zwykły zachód słońca w moim życiu. I to wrażenie, że nic dookoła mnie nie jest takie, jak powinno. Wszystko wydawało się sztuczne jak nigdy. I ja też byłam sztuczna. Nieprawdziwa. Chabrowe loki otaczały moją jasną twarz, a doklejane, czarne rzęsy rzucały długie cienie na podkreślone różem kości policzkowe. Sztuczne. Sukienka z kilku warstw czerwonego tiulu drapała niemiłosiernie, ale byłam do tego przyzwyczajona. Od dzieciństwa chodziłam na obcasach, w gorsetach, pomalowana jak dorosła. „Nie musisz się dobrze czuć, po prostu rzucaj wszystkich na kolana.” Motto życiowe mojej mamy powtarzane setki razy zdołało na dobre utkwić mi w pamięci. A wtedy matka była w niebezpieczeństwie. Przeze mnie. Bo miałam talent. Okazało się, że zgubny. W głowie kołatało mi się tylko słowo „ultimatum”. Miałam dobę, żeby zgłosić się do Ośrodka Szkoleniowego. Inaczej by ją zabili. Nie, nie powiedzieli tego, ale za dobrze ich wszystkich znałam. Jeśli nie zgodziłabym się zostać stylistą w najbliższych Igrzyskach „pożałowałabym tego” jak to określili organizatorzy. To Kapitol: miejsce, gdzie nie ma czasu na dyskusje i własne zdanie. Jesteś taki jak my – lubimy cię. Albo przynajmniej udajemy. Nie? To nie pożyjesz długo. Właśnie mnie to spotkało. Okrucieństwo rządu dotarło do mnie za późno, żebym mogła próbować cokolwiek zmienić. Chociaż jakie to ma znaczenie? I tak nie dałabym rady. Niska, drobna kobieta u progu wielkiej kariery, zafascynowana ubraniami i dużymi pieniędzmi. Byłam tak pusta, że gdyby zapukać, odezwałoby się echo. Głupio to przyznać, ale taka jest prawda. Dlaczego tak późno otworzyłam oczy?! Dlaczego nie potrafiłam tego zrozumieć wystarczająco wcześnie?! Nie daruję sobie do końca życia. Nie daruję. Nigdy. Nie mogłam znieść myśli, że jedynej bliskiej mi osobie coś przeze mnie groziło. Co mnie podkusiło, żeby założyć własną pracownię krawiecką? Chciałam się pokazać, zarobić... I co? Miałam przygotowywać ludzi na rzeź. Inaczej tego nie można nazwać. Najpierw drogie stroje, przyjęcia, wywiady, zdobywanie miłości ludzi, a potem? Często prymitywna walka na śmierć i życie na arenie. Głodowe Igrzyska – rozrywka dla żądnego krwi tłumu. A ja od zawsze byłam częścią tej grupy. Tu się urodziłam, skończyłam szkołę, dorastałam. Gdyby chodziło tylko o mnie... Dobrze, też bym się wahała. Za bardzo ceniłam swoje życie. Egoizm w czystej postaci. Jak przystało na rodowitą mieszkankę Kapitolu. Od małego śledziłam przebieg Igrzysk. Nie ruszał mnie widok krwi, rozciętych, zmasakrowanych ludzkich ciał. Mojej rodziny też nie. Byliśmy siebie warci.
Mimo wszystko, dali mi czas do namysłu. Dobę. Miło z ich strony, nie powiem, że nie. Mogliby od razu zaciągnąć do Centrum i zamknąć tam do końca życia. Ale po co? Lepiej popastwić się nad mamusią, żeby było ciekawiej. Wolałam nie myśleć, że mogli ją torturować. Trzymałam się marzenia, że umieścili ją w małym pokoiku z dużym oknem, przepuszczającym dużo światła, z trzema posiłkami dziennie i łazienką. Wmawiać sobie kłamstwa, choć rzeczywistość pokazywała zupełnie inne obrazy. I to wszystko przeze mnie.
Nie miałam się co zastanawiać, właściwie decyzja była jedna, tylko bałam się ją wypowiedzieć na głos. Nie mogłam pozwolić Jaqessie umrzeć. Nie z ich rąk. Nie z mojej winy. Założyłam białą marynarkę, spakowałam do torby ubrania, kosmetyki, buty i z trudem wytargałam bagaż na korytarz, zatrzaskując rzeźbione, mahoniowe drzwi. Znajomy dźwięk bolców wchodzących w futrynę dotarł do moich uszu, kiedy winda otworzyła się i powitał mnie jej mechaniczny, piskliwy głos. Sztuczny. Czy tu było cokolwiek naturalnego? Nigdy, przenigdy nie przeszkadzał mi brak prawdziwej zieleni, zwierząt na wolności, a teraz? Co się do cholery ze mną działo?! Nie mogłam wytrzymać w zamkniętej przestrzeni windy, dusiłam się. Wcisnęłam przycisk awaryjnego otwierania drzwi i wypadłam na korytarz, ciągnąc ciężką torbę za plecami. Winda pożegnała mnie niezadowolonym głosikiem i ze zgrzytem zamknęła polerowane przez awoksów drzwi, przycinając po drodze sukienkę i wyrywając spory fragment wierzchniego tiulu. Zapłaciłam za to majątek! Ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Miałam zarobić o wiele więcej. Ale też ponieść za to cenę. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jak wielką.

Podróż zdawała się trwać całą wieczność, mimo że tramwaje były bardzo szybkie. Czas dłużył się, a sekundy rozciągały w godziny. Budynki przelatywały mi przed oczami. Pierwszy raz tak naprawdę je obserwowałam. Wysokie. Niskie. Okrągłe. Kolorowe. Sztuczne. Mogłam pojechać limuzyną. Nie wiedziałam jednak, czy to nie będzie zbytnie „gwiazdorzenie”. Czy nie uznają mnie za snobkę (ha ha, nie-snob w Kapitolu, bardzo śmieszne) i nie zrobią przez to krzywdy mamie. Może przesadzałam. Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, do czego zdolni byli ci ludzie. Do czego zdolna byłam ja sama. Po co w ogóle przejmowałam się ich zdaniem? Zrobić swoje i wrócić do normalnego życia. Tak bardzo pragnęłam znów paść na łóżko z jedwabną pościelą i leżeć, patrząc w limonkowy sufit. Choć od mojego wyjścia z domu minął zaledwie kwadrans, zdawał mi się tylko odległym wspomnieniem. Chciałam wrócić po wszystkim do apartamentu. Z mamą. Może nawet pozwoliłabym jej u siebie zamieszkać. Tak bardzo podobała jej się okolica. O ile by mi na to pozwolili.

Myliłam się co do nich jeszcze bardziej niż myślałam. Liczyłam na to, że po dotarciu na miejsce pozwolą mi zobaczyć kobietę, dla której zgadzałam się na wszystko. Tylko ujrzeć jej twarz i zapytać, czy wszystko w porządku. Życzyć jej wesołych Głodowych Igrzysk i zapewnić, że ze wszystkim sobie poradzę.
- Proszę zostawić wszystkie rzeczy w przechowalni, zdjąć ubranie i przebrać się 
w przyszykowany strój w kabinie – przywitał mnie głos pilnującego wejścia Strażnika Pokoju. Wysoki mężczyzna niemal musiał się schylić, żebym zrozumiała jego słowa. Nie można powiedzieć, żebym była w szoku. Mogłam wnosić coś niebezpiecznego albo po prostu nie pasować kolorystycznie. Nie zdziwiłabym się, gdyby chodziło o to drugie. To Kapitol. Tu wszystko jest możliwe. Przepraszam, było. Cały czas zapominam, że to już przeszłość.

Przeszukano mnie (na szczęście zrobiła to kobieta, facet chyba dostałby w twarz), przedstawiono ekipie i oznajmiono, że matka pozostanie w areszcie do końca Igrzysk. Na wszelki wypadek. Zakręciło mi się w głowie, a potem... Dosłownie opadła mi szczęka. Jaki wypadek?! Jakby mi odbiło i chciałabym uciec?! Przecież tego się nie dało zrobić! A jak inaczej pokazać nieposłuszeństwo?! Później się przekonałam. Cinna to udowodnił. Nie znałam go dobrze, ale i tak darzyłam tego człowieka sympatią. Sukienka Katniss wzbudziła podziw (między innymi mój), konsternację na twarzach organizatorów i nastroje buntu wśród mieszkańców dystryktów. Zapewne zapłacił za to wysoką cenę, bo po rozpoczęciu Igrzysk już go nie widziałam. Pewnie marny los czekała też jego rodzinę. Szkoda, bo był chyba jednym z prawdziwszych ludzi, jakich tam spotkałam.

Kolejne dni były najciekawszymi i zarazem najstraszniejszymi w moim życiu. Poznałam dwóch trybutów, których miałam przygotowywać do udziału w 75. Głodowych Igrzyskach. Trzecim Ćwierćwieczu Poskromienia. W przypadku legendarnego Finnicka Odaira nie musiałam robić nic oprócz zaprojektowania stroju. Prezentował się wspaniale nawet w samym ręczniku, więc zostałam przy tej koncepcji. Musiałam przyznać, że obsesja kobiet na jego punkcie jest uzasadniona. Przynajmniej co do wyglądu. Ze względu na zły stan zdrowia Gorley’a (jasne, bo uwierzę), który miał zając się drugą trybutką, miałam podwojone obowiązki. Stylizacja Mags. A ona... Otwarcie oznajmiła mi, że nie chce żadnych udziwnień, bo jest starą, stateczną kobietą. Rozumiałam ją trochę. Nie można powiedzieć, że się polubiłyśmy, ale nie było między nami żadnych spięć. Poza tym... Przypominała moją zmarłą babcię. Tym bardziej nie mogłam sobie wybaczyć, że szykujemy tę dwójkę na rzeź. Co z tego, że byli doświadczeni? Wysyłanie na arenę ludzi, którzy już raz przeszli to piekło to niemal takie samo bestialstwo jak losowanie dzieci! Przynajmniej raz je oszczędzono. Jedyny plus sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźliśmy. Przed telewizorem, kiedy nie musisz oglądać trybutów na codzień, przebywać z nimi, doradzać i patrzeć im w oczy, wszystko wygląda inaczej. Nie odczuwa się tak nieuchronnego końca ich życia. Albo wcale się nim nie przejmuje. Tak jakby zniszczyć zabawkę, popłakać nad nią chwilę, żeby niedługo potem znaleźć sobie nową.

Nie miałam pojęcia, dlaczego nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka ze swoimi podopiecznymi. Byli nieobecni, cały czas błądzili myślami. Zaczęłam się utwierdzać w przekonaniu, że Finnick to dupek. Przystojny, ale dupek. Teraz już wszystko jest dla mnie jasne: oni planowali coś większego. Coś, w czym nie dane mi było wziąć bezpośredniego udziału, a i tak ponoszę teraz karę. Ciekawe, czy gdybym otrzymała propozycję współpracy, zgodziłabm się. Pewnie nie. Byłam i jestem tchórzem. I dobrze mi się żyło dawnym życiem. Lekkim i przyjemnym. Sztucznym, ale łatwym. Nie to, co teraz.

Ale miałam opowiedzieć swoją historię. Muszę ją z siebie wyrzucić, choć prawdopodobnie nikt jej nigdy nie ujrzy. Nigdy nie posiadałam daru pisarskiego, ale kiedy nie możesz mówić, starasz się za wszelką cenę pozostać w kontakcie ze światem zewnętrznym. Nawet, jeśli znana ci rzezywistość rozpada się na kawałki i przestaje istnieć, zmieciona przez inną. Lepszą?  Dla mnie na pewno nie.

Kolejne dni spędzałam na licznych bankietach i innych farsach. Farsach. Kiedyś bym ich tak nie określiła. Ale chyba tego dnia, na balkonie, otworzyły mi się oczy. Jadłam i upijałam się, kiedy dwudziestu czterech trubutów walczyło o życie. Oglądałam codzienne transmisje, płakałam, kiedy ulubieni bohaterowie krwawego serialu umierali. Kiedy ginęła Mags... Kibicowałam w czasie bezpośrednich starć. A pomiędzy popijałam wino i zajadałam się czekoladkami. Smutne ale prawdziwe. Teraz wstydzę się za siebie jak nigdy wcześniej. Krążyły plotki o tym, co wydarzyło się podczas wywiadów. Widziałam wszystkie, jako stylistka musiałam być obecna na widowni. Wtedy nie wiedziałam, co kierowało tymi ludźmi. Wydawali mi się szaleni, kiedy złapali się za ręce w geście zjednoczenia. Teraz to co innego.

A potem, bez ostrzeżenia mój świat rozpadł się na maleńkie kawałeczki. Katniss Everdeen, buntowniczka z Dwunastki zniszczyła pole siłowe wokół tej osobliwej areny i rozpętała piekło. Wojna była okrutna i nieprzewidywalna. Pełna chwytów poniżej pasa i nieczystych zagrywek. Nie śledziłam dokładnie jej przebiegu. Siedziałam w jednym z bunkrów, kuląc się pod ciężarem świata i nie mogąc sobie wybaczyć, że pośrednio brałam we wszystkim udział. Nie mogłam spać. Nie mogłam jeść. Nie mogłam nawet myśleć. Patrzyłam tępo przed siebie, pragnąc obudzić się z przerażającego koszmaru. Wmawiając sobie, że to się nie działo naprawdę.

Wszyscy dobrze znają historię rebelii, więc nie będę się powtarzać. Z resztą... Piszę to tylko i wyłącznie dla siebie, prawda? To jakaś forma terapii. Odeagowania. Próby zrozumienia minionego roku. Przełomowego i jednocześnie doszczętnie rujnującego moje wcześniej proste, przyjemne i poukładane życie.

Kiedy walki się skończyły, rebelianci przyszli po nas. Nigdy wcześniej nie czułam takiego strachu jak wtedy. Byłam pewna, że umrę, żegnałam się z życiem i światem. A jednak tak się nie stało. Wywleczono na plac, gdzie mieliśmy obserwować na wielkich, wtedy już nieco sfatygowanych ekranach egzekucję prezydenta Snowa. Człowieka, który rządził krajem odkąd pamiętałam. Jakimś cudem przewidziałam, że Katniss go nie zabije. Nienawidziłam tej dziewczyny i jednocześnie podziwiałam najbardziej ze znanych sobie ludzi. Odwaga. To cecha, której brakowało mi od początku. A ona ją miała, choć prawdopodobnie nawet nie zdawała sobie sprawy jaki to dar. Strzała trafiła w naszą nową prezydent. Długo sobie nie porządziła. Transmisję przerwano, kiedy padła martwa na balkonie. Potem było już tylko gorzej. Wciąż pamiętam zaskoczony wyraz jej twarzy, kiedy broń szybowała w jej kierunku.

Od godziny spędzonej na głównym placu nie ujrzałam więcej światła słonecznego. Jego blask jest teraz jedynie bladym wspomnieniem przeszłości. Zaciera się coraz bardziej. Czasem mam wrażenie, że jest tylko wyobrażenie, że nigdy tak naprawdę nie istniał. Że go sobie uroiłam, a świat składa się z ciemnych cel i korytarzy. Teraźniejszość. Przyszłości jako takiej nie mam. Każdy dzień stanowi okrutny prezent od losu. Głupi, makabryczny żart, przedłużający męki za każdym razem o nowe dwadzieścia cztery godziny wyrzutów sumienia. A przeszłość? Ona wiąże się z bólem i wstydem. Nie przyłączyłam się do rebeliantów dzięki własnemu, choremu egoizmowi. Pragnęłam życia jak wszyscy. Ale dawnego. Wiedziałam, że nie było dobre. Że polityka Snowa niszczyła wszystkich dokoła, ale... Jednocześnie po prostu bałam się nowego świata. Że nawet, jeśli pomogę dystryktom, uznają mnie za przeżartą kapitolijskim stylem życia i poglądami kobietę i skażą na więzienie. Do ostatnich dni miałam nadzieję, że uda nam się wygrać tę wojnę. Że kolejny raz wyjdziemy zwycięsko z potyczki ze zbuntowanymi dystryktami. Wtedy myślałam, że śmierć mogłaby stanowić największą karę. Teraz to się zmieniło.

Po zabiciu Coin wtrącono nas do więzienia. Dawnego więzienia, w którym przetrzymywano moją matkę. Nigdy więcej nie ujrzałam jej jasnoniebieskiej, okrągłej twarzy żywej. Wiem jednak, że siedzę teraz w tej samej celi, co ona niegdyś. Dosyć brutalnie mi to uświadomiono. Kiedy nieźle już poturbowana dotarłam na miejsce męczarni, moim oczom ukazał się najstraszliwszy widok w życiu. Pod sufitem wisiał prowizoryczny sznur, a na jego końcu pulchne ciało mamy. Kazali mi na to patrzeć. Nie pozwolili odrócić głowy ani przymknąć powiek. Trzymali w żelaznym uścisku ramiona, uniemożliwiając skulenie się na ziemi. Żeby ten obraz na zawsze posostał w zakamarkach mojej pamięci. Nie udaje się go wymazać. Próbowałam. I nadal próbuję. Chociaż nadal trudno mi wierzyć, że posunęła się do samobójstwa sama. Kochała życie. Ale na moim przykładzie widać, jak bardzo człowiek może się zmienić. W bardzo krótkim czasie. Dopiero kiedy pozbawiono mnie języka jak kiedyś awoksy, skazano na życie w ciszy i ciemności zrozumiałam, co było z nami wszystkimi nie tak. Że pycha i chciwość doprowadziłyby w końcu państwo do upadku. Popchnęły już ludzi do rozpętania nowych Mrocznych Dni. I że powstanie było potrzebne. Szkoda, że nie dane mi będzie poznać jego prawdziwych skutków.

Co rano budzę się obolała na cienkim materacu ułożonym na podłodze, starając się nie jęczeć. Nie dać im satysfakcji ze swojego cierpienia. Coraz częściej nawiedza mnie myśl, że śmierć to najlepsze rozwiązanie w mojej sytuacji. Dlaczego nie dadzą nam po prostu po pistolecie? Każdego ranka spoglądam przed siebie, bezskutecznie starając się ominąć wzrokiem kraty. Za nimi dostrzegam wychudzoną postać w celi naprzeciwko. Mężczyznę w moim wieku. Dawniej się znaliśmy, chodziliśmy do jednej szkoły, później kontakt się urwał. Hotrain. A teraz czuję, że jego wychudzona, blada twarz z niebieskimi tatuażami jest jedyną dobrą rzeczą, która mi się tutaj przytrafiła. Czasem rozmawiamy na migi. Okaleczono nas w ten sam, niemiłosierny sposób, więc doskonale go rozumiem. Często, przyciśnięta do krat, po prostu wbijam wzrok w jego fiołkowe oczy, szukając bliskości jakiegokolwiek człowieka. Ratunku od świata, który powoli wykańcza moje ciało i umysł. Wydaje mi się, że mimo iż nie mogę go nawet dotknąć, jest najbliższą osobą jaką mam. Jedyną. Egoistyczna część mnie jest wdzięczna za jego obecność tutaj. Za te mądre, piękne, duże, fiołkowe oczy, wydające się wszystko rozumieć. I smukłe dłonie, próbujące nieraz dosięgnąć moich przez pręty i korytarz. Kiedy płaczę. Kiedy dziko wyję, pragnąc raz na zawsze z tym wszystkim skończyć. Albo kiedy budzę się roztrzęsiona z kolejnego koszmaru przepełnionego krwią, bólem i wojną. Jestem wrakiem. Zarówno na zewnątrz, w poplamionej krwią, zszarzałej koszuli jak i w środku, z dylematami, wątpliwościami i wyrzutami sumienia. Zmądrzałam. Ale czy nie lepiej, gdybym nadal była tą samą, głupiutką projektantką mody, żyjącą ploteczkami i kosmetykami? Może nie dotknęłaby mnie tak dotkliwie świadomość udziału w sprawie. Może, na swoje szczęście, już bym nie żyła.

Nazywam się Lophia Breefling i mam dwadzieścia jeden lat. Odebrano mi wszystko i wszystkich. Zakrwawionymi palcami ryję swoją historię kawałkiem betonu na odrapanej, zwilgotniałej ścianie. Żeby nie zwariować. A może to już się stało? Czy utrata kontaktu z rzeczywistością jest normalna?

Nazywam się Lophia Breefling. Lophia. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

11 komentarzy:

  1. Byłam tak pusta, że gdyby zapukać, odezwałoby się echo - bardzo mi się podoba to zdanie. Dlaczego sama na nie nie wpadłam? ;c
    Ogółem może być. Historia jak historia, za to zakończenie bardzo mi się podoba. Takie dramatyczne <3 Rzuciło mi się powtórzenie o nazwie 'fiołkowe oczy' gdzieś w pobliżu siebie, ale ja robię mnóstwo błędów, nie jestem lepsza.
    W ogóle to już od jakiegoś czasu chciałam zrobić coś podobnego tj. ff i jeszcze jakieś pojedyńcze fragmenty. Przez cb wyjdzie na to, że zgapiłam ;<
    Nevermind xD nie przejmuj się ;p
    Podsumowując: podobało mi się ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bój się, nie wyjdzie ;) I miło mi, że się podoba :3

      Usuń
    2. bdsz jeszcze pisać coś podobnego? ^^

      Usuń
    3. Całkiem możliwe, a co? ;)

      Usuń
    4. tak z ciekawości pytam ^^

      Usuń
  2. O jeju. Co za zgrabnie i lekko napisana miniaturka. Bardzo mi się podoba, a większych błędów nie wyłapałem. Z resztą, gdy treść jest tak przyjemna, po co rozmawiać o błędach, które można naprawić za pomocą magicznego przyrządu "BACK SPACE". Reasumując: Bardzo zgrabna miniaturka i oby tak dalej. :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowna miniaturka *___* .
    Muszę przyznać wciągnęła mnie od pierwszych słów. Jest naprawdę fantastycznie napisania i miałaś genialny pomysł.
    Żaden błąd nie rzucił mi siew oczy, literówek też nie widziałam. Podsumowując : naprawdę fantastyczna historia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie miałam większego kontaktu z IŚ, ale mimo to miniaturka mi się podobała :)
    Pozdrawiam, [ginger-black]

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna miniaturka przedstawiająca życie kogoś z Kapitolu:P cudnie piszesz:D

    OdpowiedzUsuń
  6. Po przeczytaniu kilkunastu fanfiction "młodych pisarek" piszących bez większego składu i przynoszących po prostu wstyd Suzanne, mogę teraz powiedzieć tylko "wow". Oryginalny pomysł, bardzo ciekawa forma, świetnie się czytało! Według mnie troszeczkę przesadziłaś z opisem śmierci jej mamy, nie dlatego żebym była specjalnie wrażliwa jeśli chodzi o samą śmierć, ale po prostu jakoś to do mnie nie trafiło. Poza tym po prostu nie ma się do czego przyczepić, jestem niepocieszona :C

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? Jejku, dziękuję, takie komentarze są naprawdę budujące. *.*

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)