Rozdział XXI


Znajduję się w ciemnej przepaści. Po chwili orientuję się, że ciągle spadam, wymachuję rękami, ale to nie powstrzymuje siły ciągnącej mnie ku dołowi. Chcę się czegoś chwycić, ale jak na złość niczego nie widzę.
- Samantha!
Głos przebija się przez wiele warstw świadomości. Dociera do mnie zniekształcony, ale nie obcy. Brandon? Co ty tu robisz?
Nie mam pojęcia, co się stało, ale wiem, że mam dosyć tego ciągłego spadania. Nadludzką siłą zmuszam się do rozwarcia powiek. Otwierają się z trudem. Mrugam i widzę nad sobą zatroskaną twarz właściciela głosu.
- Widziałaś go? – pyta zdenerwowany, odgarniając mi włosy z twarzy. Nie, nie widziałam, ale zabiję dziada, bo zniszczył mi fryzurę. Podpieram się rękoma z obu boków, zanosząc się kaszlem. Próbuję usiąść.
- Nie ruszaj się, możesz byż połamana! Dziewczyno, ależ przyciągasz kłopoty – mówi chłopak, starając się mnie powstrzymać. Po chwili zrezygnowany przewraca oczami i zamiast po ludzku podać mi rękę, wsuwa ramiona pod obolałe ciało i podnosi. Teraz to ja powtarzam jego wcześniejszy gest. Mimo to zahaczam palce na jego szyi i opieram głowę na barku. Trochę mi w niej huczy. Musiałam mocno oberwać. Pytanie, od kogo? Kto był na tyle szybki, cichy i bezczelny? Ciągle mam nóż za paskiem.
- Nikogo nie zauważyłam. Potem dostałam w żebra, w głowę i odleciałam – streszczam szybko, trochę zażenowana kolejnym wypadkiem. Bran zaciska usta w wąską linię i nic więcej nie mówi. Nawet nie wiem, dokąd zmierzamy do momentu, w którym zatrzymujemy się na platformie poziomu minus siódmego. Czyli jednak lekarz. Próbuję jakoś się wykręcić, ale przyjaciel jest nieustępliwy. Martwi się, chce, żeby zobaczył mnie ktoś kompetentny. I najlepiej nafaszerował szybko działającymi lekami. Po moim...
- Znalazłem ją nieprzytomną – kończy opowiadać, podczas gdy ja siedzę na kozetce i majtam nogami. Czuję się jak małe dziecko przyprowadzone do pediatry przez mamę. Kiedyś u nas taki był, potem został już tylko tak zwany internista.
Mężczyzna w średnim wieku z krótko przyciętymi, siwymi włosami bada moją czaszkę i żebra, po czym podaje dwa dożylne zastrzyki. Guz na głowie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Widać nie przywieźli im jeszcze wielu rannych. Albo opcja druga, tata wydał jakąś dyspozycję, żeby nie żałować nam lekarstw, ta jest tak samo prawdopodobna jak pierwsza. Ghail Harrington byłby do tego zdolny. Udowodnił to, uzależniając wybuch powstania od naszego przeżycia. Cały tata.
- Prześpij się, powinno być dobrze – mówi doktor, starając się uśmiechnąć. Dodaje jeszcze, że w razie czego mam się pojawić w gabinecie i że na razie nie ma dużo pracy. Kiwam głową, uśmiecham się i zapewniam, że tak, oczywiście przyjdę jeżeli cokolwiek mnie zaniepokoi po czym niemal biegiem opuszczam pomieszczenie. Wiem, że nie chcę tu wracać.
Ciągle zastanawiam się, kto mógł mi to zrobić. Kto mógł...
- Zamartwiasz się. – To stwierdzenie, nie pytanie. Ma rację, było lepiej, a teraz znowu się zaczyna. Przynajmniej nie zadręczam się powstaniem. Z dwojga złego lepiej w tę stronę.
Wyciągam przed siebie dłoń i z niewielkim wahaniem kładę mu na policzku. Jego skóra jest gładka, miękka, ogolił się. Lekko wilgotne włosy wydają się pofalowane, ale oczy bardziej szare i zamglone niż zwykle. Mieszkańcy Trzynastki nigdy nie tryskali życiem, teraz mam wrażenie, że Brandon przygasł jeszcze bardziej. Boję się o niego, nie da rady dbać jednocześnie o mnie i o siebie.
- Ty też – odpowiadam, chcąc zabrać rękę, ale przytrzymuje ją swoimi długimi palcami. Patrzy na mnie przeciągle i dopiero wtedy się odwraca, nadal mnie nie puszczając. Kierujemy się na schody. Do centrum dowodzenia. Oboje rozumiemy, że teraz na pewno nie uda mi się spokojnie zasnąć.
Właściwie dobrze, że mnie trzyma, bo nadal trochę kręci mi się w głowie. Gdybym powiedziała to lekarzowi, zapewne leżałabym teraz w sterylnej sali z ograniczoną możliwością odwiedzin.
Popycham ciężkie drzwi, biorąc jednocześnie bardzo głęboki wdech. Cisza ustępuje miejsca kakofonii dźwięków. Jak zwykle panuje tu ruch, ludzie wpadają i wypadają albo mówią podniesionymi głosami, przekrzykując wściekle drukującą drukarkę. Wypluwa kartki jedna za drugą.
- Jasna cholera! – drze się ktoś, kiedy jeden z wydruków blokuje urządzenie. Ze środka dobiegają trzaski, syk po czym lampki gasną.
- Zepsuł się, stary grat! – dodaje ten sam głos. Nie mam pojęcia, dlaczego to takie ważne. Gdybym była dawną Sam, pewnie bym zapytała. Nowa Samantha zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji oraz tego, że prędzej popatrzą się na nią z politowaniem. W dodatku moje zaufanie do Kopalni i pracowników zostało zachwiane. Kto mnie pobił? Na twarzy widnieje brązowawy siniak, ślady krwi na karku są już niewidoczne, ale wiem, że miałam rozciętą skórę na głowie. Nie jestem niebezpieczna, nie mam nawet niczego do powiedzenia. Może byłam, ale kiedy zaczęły się walki, straciłam swoje znaczenie. Oboje straciliśmy, ja i Rigley. Nie wiem, gdzie jest mój brat. Mam szczerą nadzieję, że śpi, odpoczywa. I że nie zdecyduje się dołączyć do jakiegoś oddziału. Wtedy się zastrzelę i wcale nie wyolbrzymiam. Nikt z mojej rodziny nie ma prawa zginąć. I mam gdzieś to, że jest wojna. Jak dziecko pragnę, żeby byli bezpieczni. Tylko kilka osób, czy proszę o wiele?
To, że jestem skołowana, to zdecydowanie za mało powiedziane. Oparta o jedną ze ścian obserwuję uwijających się jak mrówki ludzi. Dźwięki docierają jakby z opóźnieniem, obrazy zmieniają się klatkami, zupełnie jak w marnym filmie animowanym. Mrugam kilkakrotnie, żeby chociaż trochę odzyskać ostrość widzenia i jednocześnie nie dać poznać po sobie, że nagle poczułam się gorzej. To pewnie wina panującego tu zaduchu. Pomieszczenie nie jest przystosowane do tak dużej liczby ludzi. Nie mam pojęcia, co tutaj robimy. Nie mam pojęcia, dokąd mogłabym pójść. Mam ochotę tupnąć nogą jak mała dziewczynka, przywołać wszystkich do siebie, przykryć kocem i schować w jednym z pomieszczeń. Głos w głowie podpowiada mi jednak, że zabawa w chowanego to nie najlepsza opcja jak na wojnę. Kwestią czasu jest moment, w którym napastnicy wedrą się do kopalni i wystrzelają nas jednego po drugim. Nie znam się na zabezpieczeniach przeciwpancernych, ale mam nadzieję, że są w stanie wytrzymać o wiele więcej, niż oczekuję.
- Ale bajzel – odzywa się głos tuż nad moim uchem. Podskakuję, omal nie uderzając stojącego za mną mężczyzny w podbródek. Gwałtownie odwracam głowę w jego kierunku i momentalnie się rozluźniam. Nie do końca, ale przestaję przynajmniej napinać każdy mięsień swojego ciała. Znam tego człowieka. Ojciec Abiga nie może być dla mnie groźny. Jestem wśród swoich. Przywołuję na usta niepewny uśmiech, po czym kiwam głową ze zrozumieniem, spoglądając w kierunku drukarki, nad którą zgromadziło się już co najmniej sześć osób. Wywracam oczami i niemal od razu żałuję tego posunięcia. Zawroty głowy zdecydowanie się wzmagają, a ja puszczam podtrzymującą mnie dłoń Brandona i przyciskam ją do chłodnej ściany.
- Co się stało?!
Hayes wygląda na naprawdę przestraszonego i zszokowanego, kiedy skupia się na sińcach na mojej twarzy, zupełnie jakby dopiero dostrzegł je w przyćmionym świetle. Wzruszam ramionami pilnując, aby tym razem nie stracić równowagi. Powinnam porozmawiać z kimś dorosłym, chociaż z drugiej strony coś mówi mi, że powinnam też poważnie zastanowić się, zanim zaufam komuś poza samą sobą.
Trzeba jednak przyznać, że ten rosły, szpakowaty mężczyzna nie wygląda na kogoś, kto atakuje drobne szesnastolatki w ciemnych korytarzach.
Instynkt każe mi skłamać, a ja jestem zbyt słaba na to, aby walczyć z samą sobą.
- Spadłam ze schodów, to był ciężki dzień.
Mam wrażenie, że kłamstwo wypala piętno na moich ustach, że od razu widać to nagięcie prawdy, ale Norton kiwa tylko głową ze zrozumieniem, pyta, czy byłam już u lekarza, dodaje, że powinnam się położyć, po czym kulturalnie przeprasza i rusza w stronę zbiegowiska. Niezbyt delikatnie rozsuwa tłumek, rzuca kilka ostrych słów i zabiera się za naprawę zbuntowanej drukarki.
To dosyć osobliwe, że grupę ludzi, wykonujących naprawdę ważne zadanie, może powstrzymać niewielka awaria mało skomplikowanego sprzętu. Z drugiej strony, jeśli patrzeć w ten sposób, wszystko zależy od przypadku. Wojny wygrywa ten, kto ma mociejsze nerwy i więcej szczęścia, nie ten, kto walczy o szczytne idee. Czuję gęsią skórkę na przedramionach, naciągam rękawy na dłonie i unoszę wzrok na Brana.
- Marsz do łóżka, moja panno – stara się powiedzieć stanowczo. Prycham, spoglądając na niego spode łba.
- Nie masz nic do gadania, skarbie – rzucam, wkładając w to zdanie całą pewność siebie, jaka mi jeszcze pozostała. Osiągam zamierzony efekt, chłopak wciąga do płuc zdecydowanie za dużo powietrza, a jego oczy zamieniają się w dwa spodki. Czyżby aż tak się zdziwił? Zmieniam zdanie, kiedy wybucha tak głośnym smiechem, że zwraca na naszą dwójkę uwagę kilku krzątających się nieopodal osób.
- Nie tak oficjalnie. Skarbie – prycha, bezpardonowo chwytając mnie za ramię. Unoszę brwi, nie mając odwagi zaprotestować, kiedy wyprowadza mnie na korytarz i kieruje się w stronę sypialni. - Albo będziesz słuchała, co do ciebie mówię, albo przestanę cię nosić zakrwawioną do lekarza za każdym razem, kiedy spadniesz ze schodów – dodaje, wymawiając ostatnie słowa bardzo wyraźnie. Popycha drzwi ramieniem i nie zaprząta sobie głowy przepuszczaniem mnie przodem. Zarzuca mnie sobie na ramię, po czym triumfalnie sadza na krześle i stawia przede mną szklankę wody wraz z tajemniczą, fioletową tabletką.
- Mam się nafaszerować lekami i iść spać? - mówię ostro, odsuwając od siebie pigułkę. Nie mam zamiaru biernie czekać na to, aż ktoś przyjdzie tutaj i wyceluje mi w skroń, a ja nie poczuję nawet strzału, bo będę nieprzytomna.
- Przeciwbólowe, głupia – odpowiada, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Musisz być taka uparta?
W odpowiedzi zaciskam zęby i po raz kolejny patrzę na niego spode łba. Sama nie wiem, skąd bierze się ta chęć buntu. Po prostu zbyt dużo decyzji ktoś podjął za mnie. Kiedy jednak ja zdecydowałam o czymkolwiek, ginęli ludzie. Dlaczego mam mu nie ufać, uratował mi życie. Nieraz.
Posłusznie zaciskam dłoń na tabletce, wciskam sobie do ust i powstrzymując mdłości popijam dużą ilością wody. Właściwie strasznie mi głupio, że zachowuję się tak infantylnie, że nie akceptuję tego, że jestem po prostu zbyt słaba na niektóre rzeczy. Za słaba na wojnę, na bój, na gotowość oddania życia w imię wyższej idei wolności i sprawiedliwości. Każda rewolucja chwali się pięknymi hasłami. Każda niesie za sobą morza ofiar i zmiany, często na gorsze. Dlatego nie jestem przekonana do celów tej wojny, ani do tego, że mój taka musiał ruszyć do walki jako pierwszy, narażać się dla innych. Nadal ciężko mi wyobrazić go sobie jako żołnierza, człowieka z bronią w ręku, który bez wahania zabija wrogów i wypełnia zadania.
- Nie zamierzam za nic przepraszać – szepczę z zaciętą miną, chwytając go w tej samej chwili za opuszczoną wzdłuż ciała dłoń. Wygląda tak samo dobrze jak ja, sińce na twarzy zaczynają już zmieniać kolor, a rozcięcie zostało zapewne opatrzone przez lekarza odrobinę bardziej fachowo. Mój niezgrabny opatrunek zastąpiło „coś”, co na pierwszy rzut oka wygląda na trzymające się siłą woli.
Kątem oka zauważam, że chłopak leżący na łóżku brata zniknął, tak samo jak Rig i mama, na górnej pryczy śpią tylko Gottard i Nombri. Mieli naprawdę ciężki dzień. Nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu dwóch dziesięciolatków, pozostawionych bez rodziców w ogromnej kopalni w środku rebelii, pomiędzy obcymi ludźmi. Jestem za nich w pewien sposób odpowiedzialna... Nie umiem zadbać o siebie, a co dopiero o młodszych ode mnie chłopców.
- Co teraz, Bran? - rzucam nagle zupełnie wyrwane z kontekstu zdanie. Wiem, że siedzenie tutaj nie jest zbyt konstruktywnym zajęciem, ale nie mam pojęcia, w jaki sposób mogę pomóc. Ani tak naprawdę nawet, czy chcę ruszać się z w miarę bezpiecznego podziemia. Wypełnionego bronią atomową, taki mały, ale znaczący szczegół...

- Zostajesz tutaj, nie ma mowy – rzuca, nie patrząc mi w oczy. Wiem, o czym myśli. Nie jestem chyba aż taką masochistką, żeby wyjść na powierzchnię i dać się rozstrzelać Strażnikom. Na razie. Gdzieś w zakamarkach umysłu czai się cień niepewności, zdaję sobie sprawę, że nie zostanę w Kopalni na zawsze. Pytanie tylko, jak długo przyjdzie mi ukrywać się tutaj. Jak szczur, jak tchórz. Jak ktoś, kto zabił i nie potrafi stawić czoła nawet własnym myślom.

8 komentarzy:

  1. Cudowne *.* Nie mogę się doczekać następnej części :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, ale mało ^^
    Czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cuuuuuuuudneeeeee *.* Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Cuuuuuuuudneeeeee *.* Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piszesz wspaniale, nie mogę się doczekać następnego rozdziału :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałem wszystkie rozdział, czekam na ciąg dalszy :) Życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ponad pół roku czekania się opłaciło :) Rozdział jest świetny, choć mam wrażenie, że charakter głównej bohaterki i bohater trochę się zmienił po tej przerwie. Teraz mam nadzieję na częstsze dodawanie rozdziałów, przynajmniej w okresie wakacji. Dużo weny, pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)