Rozdział XX


Spoglądamy na siebie, po czym kiwamy głowami. Boję się, że jeśli otworzę usta, powiem za dużo.
- Winda stanęła, a chcieliśmy dostać się do kuchni, chyba coś z prądem. Schodami w dół, tak? - mówi najspokojniej w świecie Brandon, kiedy kurczowo ściskam jego spoconą z nerwów dłoń. Zabawne, że wyglądamy na opanowanych, kiedy wewnątrz toczy się walka sprzecznych emocji. Mam ochotę potrząsnąć kobietą i zadać wszystkie nurtujące mnie pytania, ale słyszę z tyłu głowy głos ostrzegający, żebym tego nie robiła. Zaciskam usta w wąską linię.
- Prosto i w dół, już niedaleko - odpowiada z uśmiechem na twarzy. - Znowu wyłączenie zasilania, nie rozumiem ich – dodaje, po czym wraca do pomieszczenia i dokładnie zamyka za sobą drzwi. Głosy stają się cichsze, nie rozpoznaję już poszczególnych słów. Nie zważając na ból w nodze i cisnące się do oczu łzy biegnę przed siebie, wypadam na schody i siadam na trzecim z kolei. Z twarzą ukrytą w dłoniach staram się uspokoić. Tata jest na wojnie. Dlaczego wcześniej nie potrafiłam sobie uświadomić, jak wielkie niebezpieczeństwo mu grozi? Ostrożnie spoglądam na Brana. Jego ojciec siedzi bezpieczny w centrum dowodzenia. Ma takie same szanse na śmierć jak my. Nie zrozumie mnie. Nie tym razem. Kładzie dłoń na moich plecach, ale zaraz cofa ją , jakby czytając mi w myślach. Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, co mi się należy. Nie wiem, czy powinnam walczyć o każdy kolejny oddech, spazmatycznie łapać powietrze pokonując szloch, który wyrywa się z mojej piersi. Jestem słaba, a miałam przecież próbować. Wstaję, ocieram łzy rękawem i wyprostowana kieruję się w dół. Za mną stąpa Bran. Idziemy w ciszy. Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę, że słowa w tej sytuacji nic nie zdziałają. Tata umrze nawet, jeśli jeszcze żyje. Wiem to, ale nie rozumiem, jak mógłby zniknąć z mojego życia. To niemożliwe. Jestem w kopalni, wśród rebeliantów. To niemożliwe. Na zewnątrz umierają ludzie. To niemożliwe. A jednak. Dzieje się. Jestem świadkiem walki o wolność. Niemożliwe. Piękne, straszne, okropne, pełne idei. Chcę się obudzić albo zasnąć raz na zawsze.
Kiedy docieramy do kuchni, całkowicie odechciewa mi się jeść. Chwytam butelkę soku pomarańczowego i patrzę na niego jak dziecko, zafascynowana etykietką.
- Z Kapitolu - odzywa się Bran, podchodząc do ściany metalowych szafek. Otwiera szufladę po szufladzie, zupełnie jakby czegoś szukał. Niepewnie odkręcam zakrętkę i przystawiam nos do wylotu. Pachnie owocami, prawdziwymi, nie syntetycznymi. I tak samo smakuje, chociaż ledwo przełykam przez zaciśnięte z emocji gardło. Wypijam pełne trzysta mililitrów i odstawiam szkło na blat, na którym leżą już dwa niezwykle ostre noże. Patrzę na nie zdezorientowana po czym przenoszę wzrok na przyjaciela.
- Na wszelki wypadek - szepcze, owijając jedno z narzędzi w czystą ściereczkę. Podchodzi, spogląda mi głęboko w oczy i wciska pakunek za pasek od spodni. Myśli, że go użyję, jeśli znajdę się w niebezpieczeństwie. Przeczuwa coś. Znów ta determinacja w oczach, znowu nuta strachu. Co się stało, że nagle zaczął się bać o moje życie tutaj, wśród swoich?
Opuszczam koszulkę, nie protestując. Jest za duża, w rozmiarze Brana, a nie moim, więc doskonale ukrywa broń. Nawet nie boję się, że zranię się przez przypadek. Z grymasem bólu na twarzy podciągam się na rękach i siadam na metalowej powierzchni. Rozmasowuję rękę, co tak naprawdę niewiele pomaga i wbijam wzrok w podłogę. Mój tata może być już martwy. Graila okazała się kimś innym, niż była na początku. Czuję się zdradzona i nierozumiana. W tym momencie mój żołądek wydaje z siebie burczący dźwięk, a ja mimowolnie przewracam oczami.
- Zjedz coś – mówi cicho Brandon. Ma zmieniony głos, pełen napięcia. Co chwilę patrzy na drzwi wejściowe. Wiem, że niczego nie przełknę, więc kręcę tylko głową i opieram się plecami o zimną powierzchnię szafki. W pomieszczeniu panuje niezmącona niczym cisza, co tylko wzmaga ból w skroniach. Zamykam oczy i odcinam się od rzeczywistości. Chyba zasypiam, bo kiedy znowu unoszę powieki, leżę na dwóch krzesłach, a przede mną ląduje talerz z parującą jajecznicą.
- Smacznego – mówi znajomym tonem, po czym odstawia patelnię i siada obok. Niechętnie unoszę widelec do ust, czując coraz to silniejsze skurcze żołądka. Nie jadłam od wczorajszego poranka.
- Ty umiesz gotować? – pytam z niedowierzaniem i pełną buzią, co wywołuje nieśmiały uśmiech na twarzy przyjaciela. Wzrusza ramionami i zabiera się za swoją porcję. Może zabrzmi to w oklepany sposób, ale dawno nikt nie zrobił mi tak pysznego śniadania. Tylko kilka osób w dystrykcie miało kury, ale i tak wychudzone i zmarnowane. Niemal wylizuję talerz po czym siadam wygodnie i wpatruję się w Brandona. Z bólem, strachem, ale też czymś w rodzaju czułości. Już zaczynam tęsknić za tatą, nie widziałam mamy i brata od wczoraj, nie mam pojęcia, co dzieje się w innych częściach dystryktu, ale przynajmniej część mojej rodziny jest tutaj ze mną.
Z niemałym trudem wstaję i zanoszę nasze talerze do na wpół zapełnionej zmywarki. Chcę ją uruchomić, ale wtedy przypominam sobie, że nie ma prądu. Pomieszczenie oświetlone jest tylko lampami awaryjnymi zamontowanymi przy podłodze. Niebieska poświata rozchodzi się po kuchni, nadając jej surrealistycznego wymiaru. Co ja tu robię? Jak to się stało, że udało nam się dotrzeć do tego miejsca? Wiele pytań, brak odpowiedzi. Opieram czoło o szafkę i biorę kilka głębokich wdechów. W tym czasie po raz kolejny słyszę dźwięk otwieranych drzwi lodówki. Brandon stawia przede mną napój w nieznanej butelce. Odkręcam ją i po zapachu poznaję, że to coś energetycznego. Drogi i prawie niedostępny, nawet nie wiedziałam, że trzymają tu takie rzeczy. Wypijam połowę, a resztę podaję przyjacielowi, który w tym czasie ziewa głośno i przeciągle. Wybucham nerwowym śmiechem, który kończy się tak szybko jak zaczyna. Szklana butelka ląduje z trzaskiem w stojącym dwa metry dalej koszu na śmieci, a ja zostaję nieoczekiwanie uniesiona i posadzona na blacie. Brandon spogląda na mnie poważnie, ale mija chwila zanim wreszcie się odzywa.
- Obiecaj mi coś – zaczyna cicho, zaciskając mi palce na kolanach. Kiwam głową zanim zdążę przetworzyć jego słowa. – Nie ufaj jej.
Teraz to ja długo na niego patrzę, starając się wymyślić, o kim mówi.
- Nie rozumiem – odpowiadam w końcu w miarę przytomnie, kręcąc głową. Widzę, jak przełyka ślinę, czuję jak mocniej napina mięśnie i powoli zaczynam się bać. Co mu się stało?
- Graili Lopefield.
Wgapiamy się w siebie, zatrzymując w końcu wzrok na swoich oczach. Moje wyrażają strach i złość, jego jeszcze determinację. Po raz kolejny kiwam tylko głową. Skazała mojego ojca na śmierć, jak mogłabym jej kiedykolwiek uwierzyć? Miałam ją za kogo innego. Chociaż stoi po naszej stronie, nie jest tą troskliwą starszą panią, którą poznaliśmy na komisariacie. Staruszka ma więcej werwy niż myślałam.
- Dzięki, słońce – dodaje już lżejszym tonem, po czym przysuwa się bliżej i przywiera do moich ust. To nie jest delikatny pocałunek. Nie taki jak wcześniej.
Światła awaryjne gasną i znajdujemy się teraz w zupełnej ciemności. Pomieszczenie wypełnia dźwięk naszych przyspieszonych oddechów. Nie potrafię myśleć o niczym innym, tylko o ciepłych dłoniach na moich plecach i we włosach. Kolejny moment zapomnienia. Chwila, której z pewnością kiedyś pożałuję, ale nie potrafię go odepchnąć. Ze względu na nas oboje. Przez zamknięte powieki zaczyna nagle przeświecać ostry, białawy blask.
- Jakim cudem zapaliłeś światło? – pytam ze śmiechem, ale przyjaciel się nie uśmiecha. Spoglądamy za siebie i od razu zauważamy postać stojącą przy włączniku. Oboje ją poznajemy.
- Abig Heyes we własnej osobie – mówi przez zaciśnięte zęby Brandon, nie puszczając mojej ręki. Niczego nie rozumiem. Przecież należeli do jednej paczki, przyjaźnili się. Tylko co on tu robi?
- Brandon Fossel, tęskniłeś? – odpowiada z ironicznym uśmiechem. - Widzę, że przeszkadzam. Wybaczcie, nie było tabliczki na drzwiach – dodaje, wskazując ręką wyjście. Powinnam się odezwać, ale nie mam pojęcia, co mu powiedzieć. Nawet się nie znamy. To znaczy, widujemy się codziennie w szkole, wiem, że jest rok wyżej i że Ronnie kiedyś za nim szalała, czego kompletnie nie rozumiałam. Ale nigdy nie rozmawialiśmy, nie mamy nawet wspólnych tematów.
- Sam Harrington, miło cię poznać, słońce – odzywa się tym razem do mnie, skłaniając się po pas. To daje mi do myślenia. Rzadko kto tak się zachowuje.
- Jesteś pijany – wyrywa mi się, czym ściągam na siebie zdziwione spojrzenia obojga. Wyraz twarzy jasnowłosego zmienia się, chłopak wydaje się nagle zawstydzony. Ha! Jednak trafiłam!
- Tylko troszeczkę – usprawiedliwia się, siadając na najbliższym krześle. – Dajcie mi pić i sobie pójdę – mówi jeszcze, podpierając głowę rękoma. To się facet załatwił, nie zazdroszczę mu.
Bran wyraźnie łagodnieje, przewraca oczami i z politowaniem przenosi wzrok na przyjaciela. Wyciąga z lodówki butelkę mleka i rzuca chłopakowi, który ledwo ją łapie, przeklina pod nosem po czym opróżnia duszkiem. Spoglądam na zegarek, wskazujący w tej chwili czwartą czterdzieści pięć. Do wschodu słońca już bliżej niż dalej. Zaczyna mi się robić żal Abiga.
- Zdrzemnę się tutaj, co? – pyta lekko piskliwym, błagalnym głosem, musi czuć się nie najlepiej. Zaczynamy się śmiać, tak szczerze, jak dawno nam się nie zdarzyło. Jasne, że go tutaj nie zostawimy, trzeba wpakować siedemdziesiąt kilo człowieka do windy i zdeponować w jakiejś sypialni. Cóż za ironia, wybuchła wojna, a my będziemy użerać się z pijanym siedemnastolatkiem. Nie mniej jednak, to wyjdzie mi chyba lepiej niż strzelanie. Zaciskam na moment pięści, próbując odeprzeć ataki własnego sumienia. Morderczyni. Krótkie paznokcie wbijają się w ledwo zabliźnione ranki po upadku. Boli, ale pomaga.
- Nie ma mowy, słońce, pójdziesz z nami – mówię do chłopaka, siląc się na swobodny ton. Bran patrzy na mnie z ukosa. Czy on jest zazdrosny? Śmieję się w duchu mile połechtana. Nie powinnam, ale jednak czuję pewną satysfakcję. Muskam palcami policzek Brana i uśmiecham się delikatnie. Kręcę głową i gładzę go po włosach. – Bez obrazy, ale zaraz poszukamy prysznica – szepczę mu do ucha po czym próbuję podejść do Hayesa, ale po drodze potykam się o wyłupaną płytkę i po raz kolejny lecę na podłogę. Słyszę śmiech blondyna na co odpowiadam mu kąśliwie i podnoszę się z niewielką pomocą Brandona.
- I klubu pomocy sierotom – dodaję, kiedy bierzemy siedemnastolatka pod ręce i chwiejnie wyprowadzamy z jadalni. Taki zdrowy wysiłek dobrze mi robi, pomijając ból kostki i świeżo stłuczonego kolana. Docieramy wreszcie do windy. Wciskam guzik i czekamy cierpliwie, aż drzwi się rozsuną. Abig zdążył zasnąć i pochrapuje cicho, usadzony na schodach.
- Drugi raz widzę go pijanego. Wtedy wyglądało to lepiej. Może dlatego, że sam niewiele pamiętam – odzywa się z nutą wstydu w głosie ciemnowłosy. Patrzę na niego uważnie, unosząc brwi. Proszę proszę, Fosselowi urwał się film. Powstrzymuję się od komentarza.
Winda dociera na minus piętnastkę ze zgrzytem towarzyszącym otwieraniu metalowych drzwi. Sapiąc, niemal wrzucamy w końcu chłopaka do środka i wchodzimy sami. Decydujemy się ulokować go w dużej sypialni obok centrum dowodzenia. Zapewne nie chciałby pokazywać się w takim stanie publicznie.
Kiedy chłopak leży wreszcie na skrzypiącym łóżku, oddycham z ulgą. Muszę przyznać, że bardzo się zmęczyłam. Przejście przez centrum dowodzenia nie wymagało szczególnych wyjaśnień, wszyscy ciągle są zajęci. Nic dziwnego, grupa druga wyruszyła właśnie w kierunku dworca i napotkała problemy. Mam nadzieję, że dotrą na miejsce o czasie. Nadal ciężko mi sobie wyobrazić sąsiadów z karabinami walczących przeciw Strażnikom. To chore, niesprawiedliwe. Szanse w żadnym wypadku nie są wyrównane.
Obym się myliła.
Po kilku minutach wraca mama z Rigley’em, kroczącym o własnych siłach i jakąś strzykawką w dłoni.
- Chodź tu, Sam – mówi do mnie, odbezpieczając igłę. Patrzę na nią, niczego nie rozumiejąc, kiedy każe mi podwinąć spodnie i zdjąć but. Wbija igłę w kostkę, po czym resztę płynu wstrzykuje w zwichnięty nadgarstek. Przez moment mam wrażenie, że rozerwie mnie od środka, ale po chwili ból całkowicie znika. Z niedowierzaniem ruszam nogą i ręką, wszystko wydaje się w porządku.
- Skąd... – zaczynam, ale kręci głową. To pewnie leki z Kapitolu, których zwykli śmiertelnicy nigdy w życiu nie widzą na oczy. W oczach Brana widzę, że mam rację. Nie zasłużyłam na tak drogie środki. Mama najwyraźniej twierdzi inaczej, a na twarzy Riga po raz pierwszy od dwudziestu czterech godzin pokazuje się wyraz ulgi, kiedy przytula do swojego boku Rosemary.
- Kto to jest i co robi na moim łóżku? – pyta brat, kiedy trafia na Abiga rozwalonego w poprzek materaca.
- Pijany kumpel Brana, jak wytrzeźwieje, to możesz go stąd wykopać – odpowiadam ze śmiechem, nie przejmując się obecnością rodzicielki. Rig przewraca oczami i wybiera inną pryczę. Widać, że jest słaby, rana już nie krwawi, ale chłopak jest wyraźnie blady. Pewnie stracił sporo krwi. Układa się w miarę wygodnie, ciągle przyciskając do siebie Rose. Zazdroszczę im tej miłości, choć w przyszłości przywiązanie do kogokolwiek może zgubić każdego z nas. Oboje zasypiają, zanim zdołam jeszcze cokolwiek powiedzieć.
- Jak sytuacja? – pyta w końcu Brandon, zwracając się do mojej mamy. Jego rodziców nadal nie widać, zapewne są zaangażowani w sprawy rebelii.
- Pałac Sprawiedliwości został odbity, a burmistrz wzięty do niewoli. Szturm na dworzec powinien zacząć się o piątej czterdzieści, jeśli nie napotkają większego oporu. No i nie trzeba było męczyć się z komisariatem, to nasza robota – kończy, puszczając do nas oko. Kiwamy głowami. Wydaje się nie mówić wszystkiego, zapewne wie już o tacie. Nie chcę się odzywać. Bran też nie.
- Pójdziemy poszukać łazienki – mówię, nie patrząc jej w oczy. Zmierzam w kierunku drzwi, nie zważając na odpowiedź bądź jej brak. Popycham ciężkie skrzydło i od razu znajduję się w głośnym centrum. Skręcam w kierunku klatki schodowej, gdzie opieram się o ścianę. Z góry zakładam, że Brandon podąży za mną, nie chcemy się rozdzielać. Ale kiedyś będziemy musieli.
Z korytarza dostrzegam jeszcze monitory. Obraz z komisariatu prezentuje się całkiem nieźle, około trzydziestu naszych na zewnątrz powoli się okopuje, a w środku siedzi kolejne dziesięć osób.
Do dworca powoli dociera oddział, a na jego czele kroczy nie kto inny jak...
- Tata – wyrywa mi się w momencie, w którym przyjaciel dociera na schody i staje obok mnie. Wpatrujemy się w ekran z otwartymi ustami. Mój ojciec przeżył i dowodzi oddziałem. Jednak jego kamera nie działa, monitor jest ciemny i nie odbiera sygnału. Obserwuję sytuację jeszcze przez chwilę, po czym odwracam się plecami do całego zamieszania i wydaję z siebie cichy okrzyk radości. Trochę zbyt histeryczny, ale za to szczery. Na schodach jest jasno mimo wczesnej pory, więc doskonale widzę kolejne stopnie, kiedy wspinam się w górę. Tym razem nie wybiorę windy, nie taszczę nikogo pijanego, w dodatku mam już zdrową nogę. Łaźnie dla górników znajdują się na minus pierwszym, więc wystarczy tylko patrzeć na oznaczenia i otworzyć właściwe drzwi. Wysiłek po raz kolejny dobrze mi robi. Pozwala choć na chwilę zapomnieć o wyrzutach sumienia mordercy.
- Daję ci się zaciągnąć do łazienki tylko dlatego, że twierdzisz, że śmierdzę – mówi w połowie drogi Bran, po czym siada na schodach, zakładając trochę nieumiejętnie nogę na nogę. Urażona mina po raz kolejny mnie rozbawia. Wybucham dźwięcznym śmiechem i przykucam obok na wytartym od wielokrotnego pokonywania stopniu.
- Nie tylko ja – odpowiadam, pstrykając go w nos. Wstaję i ruszam do góry, zostawiając go samemu sobie. Kilka sekund później dogania mnie, mija z uniesioną głową i kieruje się na minus jedynkę tak szybko, że muszę niemal biec, aby go dogonić. Ma o wiele dłuższe nogi ode mnie. Sapię dużo głośniej, ale nie narzekam do momentu, w którym docieramy do łaźni. Kręci się tu kilka osób, ale nie zwracają na nas większej uwagi. Poza jedną.
- Już myślałem, że się zgubiłaś, trafiliście do kuchni? – pyta Forthon, wyłaniając się zza zakrętu. Ma lekko wilgotne włosy i inne ubranie niż wcześniej. Widać też przyszedł się odświeżyć.
- Tak, wszystko w porządku. – Uśmiecham się miło. Wymieniamy jeszcze kilka zdań i rozchodzimy się w dwie strony. Decyduję również wziąć prysznic, nie pachnę najlepiej. Umawiamy się z Branem w korytarzu, po czym chłopak znika w najbliższych kabinach. Mam moment dla siebie. Puszczam zimną wodę, bo tylko taka została i namydlam się czymś przypominającym żel pod prysznic. Czuję jak spływa ze mnie przynajmniej część napięcia całego dnia, ale kąpiel nie do końca pomaga. Strumień wody miarowo uderza o podłogę i rozpryskuje się na wszystkie strony. Nie widać łez spływających mi po policzkach, sama niemal nie zdaję sobie sprawy z ich obecności dopóki któraś nie pozostawia w ustach słonego posmaku. Nie wiem, dlaczego płaczę. Może to napięcie, może stres, a może żal po straconej mnie. Zmieniłam się. W ciągu jednego dnia dawna Sam częściowo odeszła. Umarła z ludźmi, których zabiłam.
Wycieram się szorstkim ręcznikiem i wkładam ten sam uniform co wcześniej. Lepiej mi. Nawet nie chce mi się płakać. Zaczynam wierzyć, że uda mi się przetrwać więcej niż jeden dzień rebelii. A ten dopiero się rozpoczyna. Opieram się o ścianę i spoglądam w lustro. Czerwony siniak na policzku to jedyny ślad po jakże odległej walce ze Strażnikiem w domu. Rozczesuję palcami poplątane włosy i splatam je w luźny warkocz, żeby nie przeszkadzały. Opadają na plecy, delikatnie łaskocząc mnie w kark. To takie zwykłe, normalne. Czynność wykonywana po każdej kąpieli w domu. Swojska i zwyczajna. Może takie drobne elementy pomogą mi się pozbierać, wrócić do dawnego rytmu. Wrócić do życia. Ta chęć powoli pojawia się w mojej podświadomości, choć wcale jej nie przywołuję. Chyba działa instynkt, ale nie krzyczę już do siebie, że powinnam umrzeć.
Widziałam kiedyś w telewizji mieszkanki Kapitolu. A raczej to, co nosiły na sobie, co kompletnie zakrywało ich ciała, maskowało rysy twarzy. Nie rozumiałam, jak można być tak próżnym, żeby wydawać masę pieniędzy na stroje i kosmetyki, podczas gdy wiele dystryktów głoduje. Teraz myślę raczej, że wiele z tych pustych osób po prostu nie zdaje sobie sprawy z sytuacji w kraju. Mają zapewniony byt, więc nie wnikają. Ich przyszłość jest piękna, różowa, ale już niedługo. Mam nadzieję, że coś się zmieni. Że nasza ofiara ma sens. Pragnę wyrównania rachunków. Może nie rzezi, co po prostu sprawiedliwości. Zwykłej, ludzkiej sprawiedliwości. Oni żyją na astronomicznie wysokim poziomie. Nam też należy się chociaż odrobina szczęścia.
Nie drogie samochody, ale przynajmniej posiłek do syta.
Nie prywatni styliści, ale chociaż zarobki, pozwalające na jeden urlop w ciągu roku, bo ludzie wykańczają się w kopalni. Wielu górników umiera.
Nie wielopoziomowe mieszkania, ale dom z nieprzeciekającym zimą dachem.
Nie posiadanie służba, ale przynajmniej nie pełnienie jej funkcji.
Wsuwam jeszcze luźne kosmyki za uszy i ruszam do wyjścia, zostawiając ręcznik na kaloryferze. Tu każdy sam dba o własne rzeczy i higienę, tata mówił, że jest jakieś dziesięć sprzątaczek, więc nie są w stanie zapanować nad chordą górników. Mam w końcu zamiar jeszcze tu wrócić. O ile nie wykopią mnie na zbity pysk, nie oddadzą na pożarcie Strażnikom. Nie wiem, skąd biorą się takie myśli, są moimi sojusznikami. Mniej lub bardziej, ale zawsze.
Poprawiam jeszcze włosy zanim docieram do wyjścia.
- Co on we mnie widzi? – mówię do siebie, kręcąc głową, kiedy kończy się lustro. Trochę za chuda, rozchwiana emocjonalnie, przeciętna nastolatka. Nie, jeszcze jedno. Morderczyni.
Brandon też jest mordercą.
Ta myśl uderza mnie tak nagle, że niemal zwala z nóg. Nie, nie potępiam go, ale trochę powoli to do mnie dociera. Przecież zadźgał Strażnika na komisariacie.
I całkiem nieźle się trzyma.
Nie krzyczę już, że powinnam umrzeć, bo wtedy to samo powinno dotyczyć młodego Fossela. A ja nie chcę jego śmierci. Jest członkiem rodziny i będę to powtarzać do znudzenia.
Wolnym krokiem podążam na korytarz, gdzie mam spotkać się z Branem. Właściwie oboje trafilibyśmy do centrum sami, ale nie chcemy się rozstawać. Ja potrzebuję bliskości drugiego człowieka, a on... Tego już nie wiem. Szuka mojego towarzystwa, ale jestem jego przyjaciółką, więc to chyba nic dziwnego. Szuka towarzystwa mordercy, to już trochę bardziej osobliwe. Zabójca szuka towarzystwa mordercy. To brzmi już normalniej. Co ja wygaduję, to nigdy nie stanie się zwyczajne.

Chwilę potem ląduję na podłodze i czuję mocne kopnięcie w żebra. „Przecież są moimi sojusznikami” – powtarzam w myślach zanim obrywam jeszcze w tył głowy i tracę przytomność, nie mając pojęcia, kto tutaj mógłby mnie skrzywdzić.

12 komentarzy:

  1. czekałam i czekałam, aż się w końcu doczekałam!
    świetny rozdział, cieszę się, że piszesz dalej. :D przyznam, czytałam to jakiś czas temu i mogły mi się zdarzenia lekko pomieszać,więc nie będę o tym nic pisać. :D
    czekam na następny rozdział. (":

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny rozdział, jestem ciekawa, co będzie dalej. Pomieszały mi się wydarzenia ale co nie co jeszcze kojarzę :D

    Czekam nn i życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, końcówka zaskakująca. Oczywiście zachęca do czytania dalej. ;)
    Genialne, nie wiem co więcej mogę napisać. Uwielbiam Brana. <3 Lubię postać Sam.
    Chcę więcej, czekam na następną notkę. Oczywiście standardowo życzę Weny, byś pisała dalej i zaspokoiła moją ciekawość. ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże ;; to jest po prostu świetne ;; Czekam cierpliwie codziennie wchodzę i sprawdzam czy co nie co dodałaś ^^ Zakochałam się w tej historii i mam nadzieję że jesteś osobą, która jak za coś się weźmie to skończy! :) Załamałbym się gdybyś przestała pisać! >.< No nic. Teraz co do rozdziału. Pierwsza część był jak to ujęła główna bohatera "taka swojska, codzienna" i już wiedziałam że coś kombinujesz! Koniec był przerażający ;; nie wiem, na prawdę, kto mógłby pobić Sam? Myślałam że zobaczy jak tłuką Brandona, albo coś! A tu ona!? Mam bardzo złe przypuszczenia ;; I jeszcze jedna najważniejsza uwaga. Dodawaj częściej bo świat czeka na twoje cuda! <3 Very mega maxi dużo weny i pozdrowienia! ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Super. Szkoda, że tak rzadko dodajesz, bo to jest strasznie ciekawe. Mam nadzieję, że się nigdy nie skończy ;) Skończyłaś w takim miejscu... teraz nie przestanę o tym myśleć. Jest kilka błędów stylistycznych, ale i tak całokształt cudowny.
    "przede mną ląduje talerz z parującą jajecznicą.
    - Smacznego – mówi znajomym tonem" - to wygląda trochę tak, jakby jajecznica przemówiła ;)
    "nadając jej surrealistycznego wymiaru" - nadawać (kogo? co?) surrealistyczny wymiar; nie nadawać (kogo? czego?) surrealistycznego wymiaru ;)
    To mi się tak rzuciło. Ale, tak jak już pisałam, opowiadanie bardzo mi się podoba. Czekam na ciąg dalszy.
    Pewna Wariatka

    OdpowiedzUsuń
  6. Czekam na nastepną część :) Mam nadzieję, że szybko dodasz kolejny rozdział ;) Zakochałam się w historii Sam *.* Można nawet powiedzieć, że uzależniłam się od Twojego bloga :) Chciałabym żebyś pisała w nieskończoność :) Kocham Cię ;) Hehe :) Jeśli możesz to napisz kiedy mniej więcej dodasz dalszą część :) Czekam i życzę WENY :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niczego nie mogę obiecać, mam próbne matury, później certyfikat, później klasyfikacja. Może jakoś pomiędzy się wyrobię. ;)
      I naprawdę DZIĘKUJĘ za tak pozytywną opinię. <3

      Usuń
  7. Czekamy na kolejne części :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem w trakcie pisania rozdziału XXI. :)

      Usuń
  8. Przeczytałam wszystkie rozdziały i jestem bardzo.......................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................ZADOWOLONA :) Twoja opowieść jest super! Czekam na kolejną część :) Już nie mogę się doczekać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, właśnie pisze się kolejny rozdział po dłuuuugiej przerwie. ;)

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)