Rozdział XVIII



Sekundy, minuty, w końcu tracę rachubę czasu. Nadal nikt nie chce wypowiedzieć ani słowa. Stukot okna zaczyna mnie powoli irytować. Przyciskam głowę do ramienia mamy, starając się nie rozpłakać. Uspokajająco gładzi mnie po głowie. Po krótkiej chwili (a może mija cała wieczność?) zaczyna cicho nucić moją ulubioną piosenkę, a właściwie kołysankę z czasów, kiedy ledwo stałam na nogach.

- Piękny dzień kończy się
Czas pożegnać go
Zamknij oczy, główkę złóż
Pozwól sobie zasnąć już
Kiedy świt obudzi cię...
Głos zaczyna jej drżeć. Przerywa i mocno mnie przytula. Nie chcę zasypiać, boję się jutra, boję się teraźniejszości. Boję się o Brana. Spędzam w objęciach mamy wieczność, wsłuchując się w przyspieszone bicie naszych serc. Bezgłośnie szlocham, wylewając przy tym potoki łez. Wewnątrz mnie wszystko krzyczy, błaga, żeby ten koszmar już się skończył. Żebym nie musiała o już myśleć. Ale czym jest człowiek bez rozumu? Bez duszy. Niczym. Cała istota tkwi w duszy. Czym się stanę, kiedy zapomnę o własnej godności? Czy jeszcze ją mam? Znowu wracają wyrzuty sumienia związane z zabiciem Strażnika. Jestem mordercą. I muszę się z tym pogodzić, ale nie potrafię. Wątpię, czy kiedykolwiek zdołam.
Mijają kolejne lata świetlne. Zapadam się w siebie, starając się trzymać myśli, że Brandon wróci. Musi wrócić. Obiecał mi. Tylko, że to nie zależy do końca od niego. Podskakuję, kiedy otwierają się drzwi. Czy to Strażnicy? Czy właśnie zapadł dla nas wyrok śmierci? Ile pożyjemy? Sekundy? Minuty? Wszyscy wstrzymujemy oddech, zanim na schody wpada dwóch przerażonych chłopców. Za nimi powoli, głośno sapiąc, wspina się Graila. Musieli biec spory kawałek. Wstyd przyznać, ale troje nieoczekiwanych towarzyszy niedoli w ogóle mnie w tym momencie nie obchodzi. Spoglądam w dół i zrywam się na równe nogi, kiedy zauważam pierwszy fragment białego kombinezonu. Z twarzą mokrą od łez (a przecież miałam już nie płakać) wpadam Brandonowi w ramiona, całując go najżarliwiej jak potrafię. Zarzucam mu ręce na szyję, a on podnosi mnie w górę, odwzajemniając pocałunek. Desperacko pragnę, bym już nigdy nie musiała go puszczać. Nie przejmuję się ludźmi dookoła. Mamą, Rigiem, nikim. Jesteśmy tylko my. Mój przyjaciel przeżył. I tylko to się liczy.
- Mówiłem, że będę z powrotem. Aż tak we mnie nie wierzysz? - Uśmiecha się. Dopiero teraz widzę, że ma rozciętą wargę. Nie wspominając o zmieniającym kolor sińcu powstałym jeszcze w moim domu. Niemal czuję ten ból na sobie.
- Ciężko było? - pytam z troską w oczach, prowadząc go na górę do pozostałych.
Graila i chłopcy zdążyli już rozsiąść się na podłodze i wypić po pół butelki wody. Z przerażeniem stwierdzam, że może zabraknąć nam zapasów, ale rezygnuję z przeliczania wszystkiego po raz setny. Nikogo nie zostawimy. A jeśli przestaniemy jeść, nie dotrzemy do kopalni.
- Właściwie prawie nikt nam nie przeszkadzał. Musieliśmy przebiec dwa odcinki i raz ukryć się w bramie, ale patrole gdzieś zniknęły. Oprócz jednego... Nie wiem, dlaczego. Moim zdaniem, za łatwo poszło, ale... - streszcza szybko chłopak. I wtedy przypominam sobie coś, co powinnam była zauważyć od razu.
- Gdzie jest Ronnie? - pytam piskliwym głosem.
Patrzymy na niego, ale nikt nie wie, co powiedzieć.
- Idziemy - komenderuje Rigley, podnosząc się z trudem. Grymas bólu na jego twarzy zostaje szybko zamaskowany obojętnością, ale przed siostrą nic się nie ukryje. Wiem, że cierpi, ale musi wytrzymać. Resztkami sił, ale dotrze do kopalni. Wszyscy dotrzemy. Nie mamy innego wyjścia.
Podtrzymuję brata za ramię, obserwując, jak się męczy. Mam łzy w oczach, kiedy uśmiecha się do mnie i bezgłośnie mówi, że będzie dobrze. Nie jestem co do tego pewna, ale kiwam głową, starając się odwzajemnić uśmiech. Wychodzi z tego marny grymas, ale ważne, że się staram. Tak myślę. Panika narasta, kiedy nikt nie odpowiada.
- Brandon, gdzie jest Ronnie? - pytam po raz drugi, kiedy wszyscy wydają się mnie ignorować. Nie udało się jej zabrać? Uciekła? Poszła do domu? Kręci przecząco głową i wyciąga do mnie ręce. Odsuwam się do tyłu, trafiając w końcu na ścianę. Przywieram do niej całym ciałem, a w mojej głowie kłębi się zbyt wiele myśli na raz.
- Powiedz mi, co się stało z moją przyjaciółką! - szepczę, zaciskając pięści z bezsilności.
- Biegła na końcu. Trafili ją. W głowę.
Nie mam siły, ledwo kontroluję oddech i bicie serca.
- Chodźmy - udaje mi się wykrztusić, po czym osuwam się na ziemię i ukrywam twarz w drżących dłoniach. Dlaczego ona? Dlaczego to się dzieje? To wszystko przeze mnie! Morderczyni. Nie mogą się ruszyć, więc trwam skulona w miejscu. Morderczyni. Jestem zła. Krzywdzę ludzi. Nie powinno mnie tu być. Brandon wsuwa mi jedną rękę pod plecy, drugą pod nogi i bez trudu podnosi. Dlaczego wszyscy są tacy życzliwi?! Całuje mnie w czoło i przyciska do siebie. Mordercę. Jak może?! 
- Sammy, to się stało niedaleko, mogą nas szukać. Musimy iść. Proszę, zrób to dla mnie.
- Idźcie, dogonię was - odpowiadam zupełnie bezsensownie, pragnąc tylko móc choć na chwilę wyłączyć wrzeszczący umysł.
- Obiecuję, że później będziesz miała czas na żałobę. Tylko weź kilka głębokich wdechów i otwórz oczy.
Nie zdaję sobie sprawy z tego, że przymknęłam powieki.
- Albo cię zaniosę. Do samej kopalni.
"Zanieś mnie" - myślę, ale wtedy docierają do mnie przebłyski zdrowego rozsądku. W ten sposób narażam ich na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Wtulam twarz w szyję przyjaciela, po czym decyduję się stanąć o własnych siłach. Trochę boję się, że nogi odmówią posłuszeństwa, ale nie mam wyboru.
- Idziemy - powtarzam słabym głosem, ocierając mokrą twarz. Brandon chwyta mnie za rękę i zaczyna szeptem tłumaczyć pozostałym, w jakiej kolejności wyjdziemy. Najpierw mama z Rigley'em, potem ja z jednym z chłopców i Rose, a na końcu Brandon z drugim i Grailą. Oby się udało. Naprawdę staram się wziąć w garść. Na chwilę opieram się o ścianę i zaciskam pięści, wbijając przy tym resztki obgryzionych paznokci w dłonie. Ból pomaga mi w powrocie do rzeczywistości.
Wychodzimy tą samą drogą pilnując, by nikt nas nie zauważył. Nie powinniśmy przemieszczać się tak dużą grupę, zwiększamy tym niebezpieczeństwo zwrócenia na siebie uwagi, ale rozdzielenie już raz zawiodło. Wolimy zaryzykować w ten sposób. Zwłaszcza, że prowadzimy dwoje dzieci, staruszkę, rannego i niewidomą. Oddycham szybko, stawiając kolejne kroki i podskakując przy najmniejszym szeleście z którejkolwiek strony. Niemal mdleję, kiedy przebiega przede mną czarny kot. Nie jestem przesądna, nie o to chodzi. Lubię czerń i koty, ale w tej chwili wolałabym nie być dodatkowo straszona przez nic ani nikogo. Makabreska. Pełzniemy ulicami jak stado rannych zwierząt, podczas gdy poluje na nas wielu uzbrojonych myśliwych. Już dwoje ustrzelili. Jedno się uratowało, a drugie... Zaczynam spazmatycznie łapać powietrzem wywołując tym niepokój maszerującego obok chłopca. Macham ręką, żeby się nie przejmował i jednocześnie próbuję wyrzucić z głowy twarz pobitej, znękanej Ronnie. Wiem, że nie będzie łatwo. Wręcz przeciwnie. Z każdym kolejnym krokiem jest mi ciężej, poruszam się chyba siłą rozpędu. Zdaję sobie sprawę, że jeśli się zatrzymam, nie dam rady ponownie ruszyć. Boli mnie każdy mięsień, każdy nerw i cała dusza. Nie wspominając o pulsujących skroniach, skręconej, opuchniętej kostce i zwichniętym nadgarstku. To jednak pikuś w porównaniu z dręczącymi wyrzutami sumienia. Zasługuję na ten ból. Na wszystko. Zabiłam ich, a inni zabiją mnie. A później całą resztę. Ta rewolucja nie skończy się dobrze. O ile w ogóle uda się ją zacząć, rozniecić płomień walki. Boję się odezwać. Boję się ruszać. Boję się oddychać, żeby nikt nas nie usłyszał. Przemy naprzód bez słowa. Nie wiem, po jak długim czasie naszym oczom ukazuje się znajomy zagajnik, za którym znajduje się dom Brandona.
- Nie ustaliliśmy, kto wchodzi - mówię, spoglądając na chłopaka.
- To chyba oczywiste - odpowiada. - Ja. Sam - dodaje po chwili.
- Idę z tobą - oponuję. Nie puszczę go do środka uzbrojonego jedynie w pistolet.
- Masz skręconą nogę, skarbie.
Racja. A ja nie potrafię znaleźć lepszych argumentów. Po kilku sekundach głos zabiera mama. Czyli mogę stracić oboje. Zdejmują plecaki i odbezpieczają broń. Widzę zawód na twarzy Rigley'a. Chciałby pomóc, ale nie jest w stanie samodzielnie stawiać kolejnych kroków. Całuję mamę w policzek, przytulam z całych sił przyjaciela.
- Nie żegnamy się - powtarza tę samą formułę po raz drugi. Kręcę głową i opieram czoło o jego czoło, wpatrując się w jego oczy. Rozszerzone strachem źrenice ukazują także determinację. Nie chcę, żeby zabijał.
- Im szybciej tym lepiej - odpowiadam spokojnie, odchodząc krok w tył. Kuśtykam do pnia i przysiadam na nim. Już blisko. Jeszcze tylko jego rodzice i będziemy mogli skierować się prosto do kopalni. Tam wszyscy dadzą mi święty spokój. I ja dam spokój im.
- Jeśli nie wrócimy za dwadzieścia minut... - zaczyna mama.
- To po powstaniu - kończę głucho, spoglądając jej prosto w twarz.
- Miałam na myśli to, że i tak musicie iść sami do kopalni. Do zobaczenia - mówi trochę ostrzej niż na początku i razem z Branem odchodzą, po chwili znikając nam całkowicie z pola widzenia. Jestem jednak pewna, że bez trudu usłyszymy strzały. Jeśli nie wrócą za dwadzieścia minut, zabiorę pistolet Rigley'a i wymierzę sobie kulę w skroń bez wahania. Ta myśl przychodzi nagle, lecz nie chce uciec z mojego udręczonego umysłu. Wiem, że bez nich nie przeżyję.
Przyciskam dłonie do pnia, nagle tracąc równowagę. Siedzący obok brat łapie mnie za ramię i nie puszcza nawet wtedy, kiedy odzyskuję zdolność utrzymania pionu. Ten uścisk w jakiś sposób dodaje mi sił. Jakkolwiek byśmy się nie kłócili, zawsze będziemy bratem i siostrą. Rodziną. Graila ani chłopcy nie mówią ani słowa. Cała szóstka wbija oczy w ziemię w milczeniu, oczekując jakiegoś znaku.
Pięć minut.
Dziesięć.
Piętnaście. Zaczynam obgryzać skórki, aż po moich palcach płynie krew. Rig zamyka moje dłonie w swoich, nie pozwalając sprawiać sobie bólu.
Siedemnaście. Serce bije mi tak gwałtownie, jakby miało wyrwać się z piersi.
Dziewiętnaście. Wstaję, ale zaraz opada, z powrotem, zapominając o zwichniętej nodze. Po moich policzkach zaczynają płynąć łzy.
Dwadzieścia jeden. Graila odchrząkuje, żeby się odezwać, ale nie robi tego. Spogląda na nas ze współczuciem.
Trzydzieści. Nie mam zamiaru się ruszać.
- Daj mi broń - szepczę do brata, ale ten kręci głową, wiedząc, co zamierzam zrobić. Błagam go w myślach, żeby mi pozwolił, ale wiem, że nie zmieni zdania. Dwie minuty potem rozlegają się dwa wystrzały. Wstrzymuję oddech tak długo, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Wieczność później w polu widzenia pojawia się Brandon, za nim jego rodzice, a na końcu mama. I wtedy tracę przytomność, opadam w nicość, podtrzymywana przez czyjeś ramiona. Aż dziwne, że mdleję dopiero teraz. Może to już krańcowe wyczerpanie. Tak naprawdę nie chcę unosić powiek.
Zanim otworzę oczy, czuję miarowe kołysanie, jakby w rytm czyichś kroków. Uchylam powieki, widząc skupioną twarz przyjaciela ponad sobą. Jeszcze dalej dostrzegam drzewa i skrawek pomarańczowego nieba. Słońce widocznie chyli się już ku zachodowi. Zdążyliśmy? Gdzie jesteśmy? Jak długi trwałam w ciemności?
- Śpiąca królewna otworzyła oczy - mówi Brandon, przywołując na twarz uśmiech.
- Już w porządku, dam radę iść - odpowiadam, starając się bezskutecznie oswobodzić z jego objęć. Niemal nie mam siły, jestem wyczerpana fizycznie i psychicznie. Namawiam go dobre pięć minut zanim wreszcie staję (niezbyt pewnie) na nogach, podtrzymywana przez przyjaciela. Jesteśmy na końcu, przed nami idą Graila z chłopcami, za nimi rodzice Brana, prowadzą Rose, a na samym przedzie mama pomaga Rigley'owi stawiać kolejne kroki. Radzą sobie całkiem dobrze, sama się temu dziwię. Trzymają się lepiej ode mnie.
Zatrzymujemy się, kiedy Rigley potyka się po raz kolejny, tym razem ciągnąc za sobą mamę.
- Jak daleko jeszcze? - pytam, ale nie doczekuję się odpowiedzi.
- Kto, do cholery pozwolił wam czekać na nas pół godziny?! - niemal krzyczy mama. Nieruchomieję, opierając się o jakiś świerk, który akurat mam pod ręką.
- A mieliśmy was tam zostawić?! - odpowiadam ostro, po czym spuszczam wzrok i nikt więcej się nie odzywa. Gottard i Nombri wydają się tak zszokowani nagłym wybuchem, że odsuwają się kilka kroków w tył, czekając, aż choć trochę odzyskamy siły. Po czasie, który spędzam na próbach zebrania myśli wstajemy i w milczeniu ruszamy w dalszą drogę. Nie pozwalam już sobie pomagać. Zaciskam zęby i stawiam kolejne kroki, starając się być tak silną, jak tylko potrafię. Z zadowoleniem stwierdzam, że nie chce mi się już płakać. Czuję się jednocześnie wypełniona po brzegi emocjami i pusta w środku. Dziwne. Ronnie. Mama Rose. Strażnicy. Kto jeszcze będzie zmuszony zginąć, żebyśmy mogli przeżyć? Stopy dziesięciu osób chrzęszczą, łamiąc gałązki rozsypane po ścieżce przy każdym kroku. Rozpoznaję to miejsce. Wiem, że za niecała godzinę powinniśmy dotrzeć pod boczną bramę kopalni.
Liczę przelatujące ptaki. Liczę sekundy upływające między kolejnymi oddechami. Liczę mijane świerki, sosny, kępy krzaków, zające, sarny. Moja głowa jest pełna różnych, bezsensownych liczb, ale przynajmniej nie odliczam czasu. Od tego można dostać świra. Patrzę jak rodzice Brandona rozmawiają z nim, co chwila przytulając chłopaka i mierzwiąc mu włosy. Uśmiechnęłabym się, gdybym była w stanie poruszyć jakimkolwiek mięśniem twarzy. Wychodzi z tego marny, nieszczery grymas, więc zaprzestaję nieudolnych prób. I tak nikt mi nie uwierzy. Modlę się w duchu, żebyśmy więcej nie przystawali, aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Rozpaczliwie pragnę wreszcie poczuć się bezpiecznie.
Wracam do rachunków, tym razem saren. Ciekawe, na co mi się to przyda. Może przeprowadzę badania i zostanę znanym naukowcem. Szesnastoletnia Samantha - znany badacz zwierząt. Zabawne. Nawet nie liczę na to, że przeżyję wojnę. O ile w ogóle wybuchnie. Ale wtedy nas znajdą i rozprawią się w dużo brutalniejszy sposób. Trzydzieści, trzydzieści jeden...
- Bran, dlaczego one wszystkie uciekają w stronę centrum? - pytam zdziwiona, spoglądając kątem oka na przyjaciela. Rozgląda się chwilę, nie przerywając marszu. - Patrz, trzydziesta czwarta. - Wskazuję palcem na oddalającą się łanię.
- Widać pakujemy się tam, gdzie wcale nie jest bezpiecznie - odpowiada, mocniej ściskając mnie za ramię. - Nie bój się, damy radę.
Uśmiecha się, ale ten uśmiech nie sięga oczu. Chciałabym zobaczyć na jego twarzy prawdziwą, szczerą radość. Nie wiem, kiedy to nastąpi i czy w ogóle dane mi będzie doczekać jego szczęścia.
- Chwila... Liczyłaś je? - pyta po kilku minutach, patrząc na mnie wielkimi oczami. Wzruszam ramionami i delikatnie unoszę kąciki ust. Nie wiedziałam, że moje rachunki mogą przynieść jakiś skutek.
- Coś trzeba robić - bąkam, wbijając wzrok w ziemię pod nogami, aby znów nie potknąć się o wystający korzeń. Do moich uszu dociera dziwny, jednocześnie znajomy i obcy dźwięk. Histeryczny chichot, przechodzący w śmiech. Niezdrowy i nienaturalny. Zerkam na przyjaciela i mimo woli zaczynam robić to samo co on. Wedle zasady: najbardziej chce nam się śmiać, kiedy nie możemy, roztaczamy wokół siebie atmosferę ludzi niespełna władz umysłowych. Tata Brana trąca go w rękę.
- Synu, usłyszą nas - mówi twardo, jednak nadal nie możemy się uspokoić. Nie ten rodzaj uśmiechu miałam na myśli. To może i jest szczere, ale wynika bardziej ze zdenerwowania i ciągłego napięcia. Ronnie nie żyje. Parsknięcie. Mama Rose popełniła samobójstwo. Wybuch. Wszyscy możemy zginąć.
- Zamknijcie się wreszcie, bo nas znajdą - syczy Gottard tak mnie zaskakując, że momentalnie się uciszam. Czy to objawy szaleństwa? A może, kiedy się wyśpię i najem, wszystko wróci do normy? Nie, nie jedzenie i zmęczenie są największymy problemami. Jestem mordercą. Szalonym zabójcą. Może już tak o mnie myślą.
Docieramy wreszcie do przecinki, co oznacza, że od głównego placu dzieli nas zaledwie dziesięć minut szybkiego marszu. W oddali dostrzegamy biały mundur i wszyscy bez wyjątku wstrzymujemy oddech, powoli cofając się w gąszcz. Tego nie było w planie. Nie spodziewaliśmy się patrolu w tej odległości. A jeśli nas usłyszeli? Jeśli moje niezrównoważenie doprowadzi do śmierci wszystkich? Nie, teraz nie czas na rozwodzenie się nad swoją winą. Cicho ruszamy w lewo, do bocznego wejścia mając nadzieję, że tam pójdzie nam łatwiej. Słyszę jak Rig, mama, Bran, a nawet jego rodzice odbezpieczają broń. Nie jest bezpiecznie, staliśmy się wystawieni na strzały jak zwierzyna. Mogą nas dopaść w każdej chwili. Czy wiedzą, kim jesteśmy? Ja, Brandon, mój brat i mama? Rodzice mojego przyjaciela? Naszym oczom ukazuje się niewielki pagórek, zupełnie niestrzeżony, a w nim solidne, metalowe drzwi ukryte tak dobrze, że nieznający terenu człowiek nigdy by ich nie dostrzegł. U podnóża, zarośnięte trawą, czasem nawet przysypane ziemią. Ktoś strzela obok nich. To mama. Co ona robi?! Znajdą nas! Zasuwa otwiera się z głośnym piskiem, odsłaniając dobrze znaną, zmęczoną twarz ojca. Ma podkrążone oczy, a spodnie zwisają luźno na biodrach. Jak mogłam nie zauważyć, że tak schudł? Teraz nie ma jednak czasu na myślenie. Słyszę jak dzielimy się na trójki i dwójki, ja zostaję sparowana z Gottardem. Patrzę na wydeptaną ścieżkę pod stopami i zastanawiam się, jak udało nam się dotrzeć do celu. Wykonać zadanie. Głos Brana po raz kolejny wyrywa mnie z zamyślenia.
- Biegiem! - krzyczy, kiedy rozlegają się kolejne strzały, tym razem za nami. Wszystko może się skończyć, kiedy jesteśmy tak blisko.

1 komentarz:

  1. Super! Wspaniale, jejku, jestem coraz bardziej ciekawa, co będzie dalej... Opisy uczuć jak zwykle genialne. Czuję się, jakbym tam była. Jeden taki przyziemny błąd: lata świetlne to jednostka odległości, a nie czasu. Czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)