Rozdział XIX


Nie wiem, skąd padają strzały, kiedy wpadam w oświetlony lampami korytarz. Przebiegam jeszcze kilka metrów, po czym wreszcie padam na kolana, czując przeszywający ból kostki. Jestem na miejscu. Teraz mogę umrzeć. Wokół rozlega się tupot jeszcze dziesięciu par stóp. Czołgam się do ściany i opieram o nią plecami, wciągając głęboko powietrze do płuc. Trzask zamykanych drzwi. Zasuwa. Jeszcze jedne drzwi. Dwie zasuwy. Dźwignia zsypująca ziemię.
- Widzieli wejście? Mówiłem, że to zły pomysł! - słyszę podenerwowany głos taty.
- Nic nie widzieli, strzelali na oślep. Nie dostrzegli nawet nas, po prostu coś słyszeli - odpowiada ojciec Brana.
- Kto kazał wam zabierać całą resztę tych ludzi? - pyta szeptem, ale doskonale go słyszę, bo stoi zaledwie pół metra ode mnie.
- Nie mogliśmy ich tak zostawić - odpowiadam. Tata przyklęka obok i przyciska do siebie jak najwiekszy skarb, szepcząc uspokajająco do ucha. Zamykam oczy, ale to nie przynosi ukojenia. Pod powiekami widzę ich twarze. Ronnie, Strażnicy, mama Rosemary.
- Zabiłam ich - szlocham, wtulając twarz w jego ramię. - Jestem mordercą, chcę umrzeć.
Czuję jak sztywnieje, jednak dalej gładzi moje drżące plecy. Dlaczego to powiedziałam? Myślałam, że dojście do kopalni mi pomoże, ale teraz czuję się bezużyteczna i niepotrzebna. Nie muszę już walczyć. Mogę osunąć się w ciemność. Pozwolić jej zawładnąć moimi zmysłami, otulić ciało szczelnym kokonem. Odmówić płucom powietrza, wsłuchać się w ostatnie uderzenia popękanego serca. Zapewnić ukojenie wymęczonemu umysłowi.  Jednak dobrze jest mieć o co walczyć.
- Skarbie, trzymaj się. Będzie dobrze - szepcze mi do ucha po czym czuję jak bierze mnie na ręce i niesie korytarzem.
- Za mną - komenderuje, a ja nie mam siły nawet poruszyć ręką. Ba, nie potrafię uchylić powiek. Moja klatka piersiowa miarowo unosi się i opada. Świat dookoła wiruje i pływa, przyprawiając mnie o mdłości.
Tata już mnie nie trzyma, ląduję w ramionach kogoś innego. Cicho tłumaczy mi, że musi nas zostawić, trzeba przygotować atak, wydać rozkazy. Całuje mnie w czoło, a ja staram się zapamiętać tę chwilę.
To niewątpliwie pożegnanie.
- Tato - mówię, kiedy obejmuje mamę. Stara się być silna. - Wróć do nas.
Patrzę na niego w pełni przytomnie, co stanowi dziwny kontrast dla wcześniejszej dezorientacji. Wyplątuję się z objęć Brana, bo to on mnie trzyma i staję niepewnie na nogach.
- Obiecuję – odpowiada, po czym odwraca się, popycha ciężkie, metalowe drzwi i znika w sztucznym świetle lamp. Możliwe, że więcej go nie zobaczę, ale nie mam już sił na ani jedną łzę.
Rozglądam się po pomieszczeniu. Znajdujemy się w dużym pokoju, na ścianie po lewej wisi kilkanaście telewizorów. Na jednym wyświetlane są na żywo wiadomości z Kapitolu (aktualnie blok reklamowy), a pozostałych nawet nie próbuję rozszyfrować. W rogu znajdują się kolejne drzwi i to do nich prowadzi nas mama.
- Sam.
Spoglądam na nią z powagą.
- Pójdę z Rig'iem do pielęgniarek, zostańcie tutaj.
Brat protestuje, ale jest tak blady, że nikt nie wierzy w jego "dobrze się czuję". Kiwam głową i przekraczam próg. Sceneria się zmienia, dociera tu o wiele mniej światła, pod ścianami stoją w rzędach piętrowe łóżka. Jedno, dwa, trzy... W sumie sześć, po trzy z każdej strony. Czyli każdy powinien mieć swoje miejsce.
- Wszyscy cali? - pytam mechanicznie i podchodzę do wiszącej na ścianie białej skrzyneczki z wymalowanym czerwonym krzyżem. Nikt się nie odzywa, więc wykonuję "obdukcję" każdego. Wśród leków znajduję środek odkażający i opatruję zdarte dłonie Rose.
- Dzięki, Sam. Nie trzeba - odpowiada, po czym przyciąga mnie do siebie i mocno przytula.
- Nie ma sprawy, musimy sobie pomagać, prawda? - odpowiadam, starając się przywołać na twarz uśmiech. Uśmiech, który nie sięga oczu. Gottard i Nombri mają po kilka siniaków, smaruję je ziołową maścią, po czym podchodzę do Brana. Oczy ma podkrążone a na twarzy brzydki siniec. Używam resztki maści i delikatnie wcieram ją w zasinienie, starając się nie sprawić mu dodatkowego bólu. Jestem tak skoncentrowana na tej czynności, że nie zauważam, kiedy unosi rękę i zaciska palce na mojej dłoni.
- Połóż się, odpocznij. To był długi dzień - mówi cicho. Kręcę głową, choć ledwo trzymam się na nogach i mam wrażenie, że mózg zaraz mi eksploduje.
- Bez gadania - dodaje, prowadząc mnie na najbliższe wolne łóżko. Sadza mnie na materacu po czym rozsznurowuje but i odwija bandaż z mojej nogi. Krzywię się na widok koloru kostki. Nic dziwnego, bardzo ją nadwyrężyłam przez całodzienną ucieczkę. Smukłe palce delikatnie przesuwają się po wielobarwnej skórze. Brandon wzdycha po czym zabiera się do smarowania bolącego miejsca jakąś (wyglądającą na drogą) maścią po czym z powrotem ciasno obwija.
- Zaczekaj - mówi wstając i kierując się do drzwi. Niby jak miałabym wstać, kiedy całe moje ciało domaga się tylko i wyłącznie spokoju? Ulgi. Wraca po chwili z woreczkiem lodu, którym obkłada nogę. Później zajmuje się jeszcze nadgarstkiem, ale to boli o wiele mniej. Chyba granica wytrzymałości odrobinę się przesunęła.
- Dziękuję - szepczę i zarzucam mu ręce na szyję. A potem zaczynam płakać. Teraz mogę pozwolić sobie na potok łez, nie jestem już nikomu potrzebna, dotarliśmy na miejsce, osiągnęliśmy cel. Prawie że "fajrant". Niemal śmieję się w duchu. Dalej trzymają się mnie głupie żarty. Bran sadza mnie sobie na kolanach i ukrywa twarz w moim włosach. Mogłabym tak siedzieć do końca świata czując jego urywany oddech na skórze. Zaraz. Spoglądam mu głęboko w oczy i wtedy to dostrzegam. Ból, strach, cierpienie... Ale też troska i zaufanie. Przyciskam czoło do jego czoła i zaciskam powieki. Chcę, żeby to się skończyło. Niestety.
- Wiesz, że to dopiero początek? Teraz wszystko się zacznie - szepczę łamiącym się głosem.
Będziemy musieli sobie z tym poradzić. Nie mam pewności, że przeżyję najbliższe dni a jednocześnie nie opuszcza mnie wrażenie, że każdy czuje się tak samo. Nawet ukryta w najgłębszym bunkrze stanowię zagrożenie dla siebie samej. Nie wiem, czy potrafię do końca zachować przytomność umysłu. Nie, kiedy czuję się jak morderczyni. Jestem nią.
- Zabiłam.
Nie odpowiada, a ja nie mam odwagi nabrać powietrza. Nie, nie mam prawa nabierać powietrza. Chcę umrzeć. Tu i teraz. Przy życiu trzyma mnie tylko znajome, kojące ciepło. Zsuwam się z kolan chłopaka i powoli podchodzę do jednej ze ścian. Opieram na niej dłonie, wyobrażając sobie, że przede mną znajduje się okno, przez które docierają promienie zachodzącego słońca. Przymykam oczy. Ae jestem głupia. Gdybym dowlokła się na górny poziom, zobaczyłabym krajobraz na własne oczy. Powstanie jeszcze się nie rozpoczęło, więc nie musiałabym obawiać się widoku krwi.
- Połóż się - szepcze Bran, kładąc mi dłonie na ramionach. Protestuję.
- Boję się. Znowu będę to widzieć. Jeszcze raz, nie chcę - odpowiadam, nie patrząc mu w oczy. Niemal gwałtownie odwraca mnie w swoim kierunku, wsuwa rękę pod kolana i niesie na materac. Mimowolnie przewracam oczami i rzucam jakąś sarkastyczną uwagę. Nie wiem, skąd biorę na to siły. Kiedy moje plecy dotykają skrzypiącego łóżka, a głowa opada powoli na poduszkę czuję wreszcie całodzienne zmęczenie.
- Nic ci nie będzie, zaraz wrócę - mówi po czym wdrapuje się na górną pryczę. Kiedy schodzi ma na sobie już standardowy strój pracownika sali komputerowej - luźną, granatową koszulkę z krótkim rękawem i logo trzynastego dystryktu i czarne bojówki. Uśmiecha się. Szczerze, jestem pewna, że nie udaje. W tym momencie wygląda jak chłopak, którego znam od lat, z rozczochranymi włosami, spoglądający nagle nieśmiało, ale i z troską. Ten widok psuje jedynie brzydki siniec i świeżo zasklepione rozcięcie na wardze. Ale to nic. Ważne, że jest ze mną, nie zniosłabym samotności. Samotność nie zniosłaby mnie i prędzej czy później rozprawiła się z moją skromną osobą. Unoszę kąciki ust. jednak nie zapomniałam, jak to się robi.
- Nic ci nie grozi, bo ja tu będę. I nie zostawię cię nawet na moment - mówi poważnie, kładąc się obok i obejmując mnie ramionami. Zaciskam lodowate palce na jego rozgrzanych dłoniach i zamykam oczy.
- Dziękuję. Nie wiem, jak ze mną wytrzymujesz, ale to bardzo miłe - odpowiadam, zdobywając się na odrobinę humoru. Układam głowę przy jego twarzy i momentalnie odpływam. Zasypiam. Zapadam w sen, którego tak bardzo się obawiam.
- Uwaga, uwaga! W związku z otaczaniem kopalni przez Strażników Pokoju jesteśmy zmuszeni rozpocząć ofensywę wcześniej. Z chwilą obecną rozpoczyna się w naszym dystrykcie wojna. Wszyscy powołani zobowiązani są do zajęcia stanowisk w ciągu pięciu minut. Niezaangażowani niech pozostaną w bezpiecznych pomieszczeniach - dobywa się z głośnika. Otwieram oczy i przez moment wpatruję się w ciemność. To głos mojego taty. Jest spokojny ale stanowczy. Wzywa do walki. To już teraz. To ta chwila. Poleje się krew niewinnych, kolejne osoby zostaną pozbawione życia przez ludzi takich jak ja. Przez innych morderców.
- Proszę o zgłoszenie się po sprzęt do punktu na poziomie minus piątym. I... Niech Bóg ma nas w swojej opiece.
Trzask. Koniec przekazu. Wtulam się w tors Brandona cicho szlochając, łzy zaczynają płynąć nagle, jakbym dopiero teraz zdała sobie sprawę z powagi sytuacji.
- Która godzina? - pytam drżącym głosem. Ocieram twarz rękawem i unoszę głowę. Wiem, że już nie zasnę.
- Trzecia - odpowiada. - Nie musimy wstawać. Jeszcze wcześnie, jesteś zmęczona.
Jestem. I to jak. Ale kilkugodzinna, pozbawiona koszmarów drzemka dobrze mi zrobiła. Przewracam się na plecy, wbijając niewidzący wzrok w sprężyny nad sobą. Co teraz będzie? Coś się skończyło. W momencie, w którym tata ogłosił przez megafony rozpoczęcie wojny zakończył się jakiś etap w moim życiu. Część za dwie i pół minuty wyruszy do walki. My zostaniemy. Pierwsze podziały. Nagle do głowy przychodzi mi coś, o czym wolałabym nie myśleć. Gwałtownie chwytam dłoń przyjaciela, prawie przecinając jego skórę resztką paznokci. Trzeba dodać, że nadal są dosyć ostre.
- Jeśli tylko spróbujesz do nich dołączyć, zabiję cię - cedzę przez zęby. Znam go. Byłby gotowy się poświęcić. Wygląda na zaskoczonego, ale ten argument chyba nie za bardzo na niego działa. – A potem skończę ze sobą. Nigdzie się stąd nie ruszysz, zrozumiano?
- Tak jest panie kapitanie, a teraz... Ał, to boli! - mówi, nie mogąc powstrzymać się od cichego śmiechu. Świetnie. Rozbawiłam go zamiast zadziałać stanowczo. Ale przynajmniej ma lepszy humor.
Nie ma tego złego.
- Wybacz - bąkam, starając się wstać. Zostaję jednak skutecznie podcięta i ląduję nie mniej nie więcej na swoim przyjacielu. Towarzyszy temu okropny jęk wysłużonych, przerdzewiałych sprężyn. Nie wiem, co się z nami dzieje. Może to próba odwrócenia uwagi od okropieństw, które za kilkadziesiąt sekund rozpoczną się na zewnątrz.
- Tu jest moja mama. I brat. Nie będą zadowoleni i grozi ci kolejny cios w szczękę - szepczę z uśmiechem na ustach. - Mój drogi przyjacielu - dodaję po chwili, nie przesuwając się ani od centymetr.
- Jeśli tak sprawy wyglądają, to pani raczy wrócić na swoje miejsce - odpowiada tak samo cicho, całując mnie lekko w nos.
Spoglądam mu głęboko w oczy i zagryzam dolną wargę, zadając sobie raz po raz to samo pytanie. Kim jest dla mnie Brandon. Przyjacielem? Kimś więcej? Nie wiem, naprawdę nie mam siły się nad tym zastanawiać, kiedy na zewnątrz zaczynają ginąć ludzie. Wybija trzecia zero pięć. Nie mam szans usłyszeć strzałów. Tym lepiej. Wiem, że mój tata tam jest. Mama mówiła coś o tym, że ma poprowadzić grupę szturmową obrzeżami do Pałacu Sprawiedliwości. Chcą przejąć budynek i sieć komunikacyjną. Modlę się, żeby im się udało.
- Bran, Bran, nawet nie wiesz, jakbym chciała być czegoś pewna. Nie masz pojęcia - wzdycham, zsuwając się na podłogę. Po raz kolejny zapominam o zwichniętej nodze i tym razem uderzam boleśnie tylną częścią ciała o kamienną podłogę.
- Nie widziałeś tego - mówię, podnosząc się na zdrowej ręce. Mamy nie ma na jej miejscu, musiała zostać z Rigley'em u pielęgniarki. Chłopcy śpią pod jednym kocem na górnym materacu, a Graila... Zniknęła. Pościel jest rozgrzebana, a jej zapasowe ubrania zniknęły. Rosemary też nie ma. Ani rodziców Brana. Fantastycznie.
- Oprócz naszych małych przyjaciół, jesteśmy sami - mówię opierając się o metalową ramę łóżka. Brandon kładzie się na wznak i splata ręce po głową. - W takim razie do zobaczenia później. - Odwracam się i ruszam do wyjścia. Nie mogę spać. Nie, kiedy wszyscy są na nogach. Jeszcze zanim nacisnę klamkę, słyszę jęk sprężyn i szept.
- Sam, moment, nie mam nawet butów.
Przystaję z ręką opartą na ścianie, czekając. Zastanawiam się, czy mogłabym go teraz zostawić i iść dalej sama. Nie tylko na poszukiwania towarzyszy, przez resztę wojny, życia. Jestem bliska odpowiedzi na to pytanie, kiedy słyszę szczęk otwieranych drzwi i muszę wychodzić. "Brutalnie" przerwane rozmyślania. Za dużo ostatnio myślę. Chyba coś mi się stało. Przechodzimy do pomieszczenia kontrolnego, gdzie panuje o wiele większy ruch i poruszenie niż poprzedniego dnia. Ludzie biegają od jednego monitora do drugiego, kilku mężczyzn mówi coś przez mikrofony, na głowach mają wielkie słuchawki. Dlaczego tata nie mógł zostać i dowodzić? W centralnym punkcie siedzi ojciec Brandona. Wraz z jakąś kobietą pochyla się nad sporą mapą, pokazując coś palcem. Widzę ruch ust, ale nie słyszę rozmowy. Panuje tu taki hałas, że z trudem wytrzymuję powracający się nagle ból głowy. Podchodzę do jednego z monitorów. Do tego, na którym obraz jest najbardziej niewyraźny.
- To z kamery twojego ojca - słyszę za sobą głos. Odwracam się gwałtownie i dostrzegam twarz znajomą tylko z widzenia. Kim jest mężczyzna?
- Levi Forthon - przedstawia się. Podaję mu rękę i potrząsam wielką dłonią. - Na razie nie ma żadnych problemów. Przeszli niezauważeni - dodaje. - Potrzebujesz czegoś?
Zapominając o jakimkolwiek takcie odpowiadam bez ogródek:
- Śniadania.
Uśmiecha się a po chwili wybucha śmiechem. Dziwię się jego zachowaniu, ale po chwili stwierdzam, że zachowałabym się tak samo.
- Drzwi w prawo, później zjedziesz windą cztery poziomy w dół, tam jest jadalnia dla pracowników. Jeszcze nieczynna, ale lodówka powinna być zapełniona. A teraz muszę przeprosić, obowiązki.
Kiwam głową, dziękuję, po raz kolejny się odwracam, wpadając tym razem na Brana.
- Wybacz - bąkam, unosząc wzrok. - Idziesz coś zjeść?
- O trzeciej? - odpowiada zdziwiony. Chyba go rozbawiłam. Kiedy wszyscy są zdenerwowani i podminowani wystarczy czasem jedno słowo, żeby choć trochę rozładować atmosferę. Wzruszam ramionami i ruszam przed siebie, w kierunku drzwi. Po chwili jednak zawracam, chwytam przyjaciela za ramię i prowadzę do windy. Co jak co, ale z głodu przy mnie nie zginie. Nerwy mam napięte do granic możliwości, nie myli mnie fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że szybko możemy stać się celem i coraz mniej wierzę w sens ukrywania się w centrum dowodzenia.
Słyszę dzwonek i instynktownie zmierzam do drzwi, na które niemal wpadam. Powinny się otworzyć. A jednak. Cóż za ironia, chyba utknęłam tu - w windzie, jadąc na śniadanie, kiedy dookoła szaleje wojna. Kilka sekund później robi się kompletnie ciemno, a ja wyciągam rękę, szukając Brandona. Zanim moje oczy przywykną do czerni mija kilka chwil. Dźwięk naszych oddechów odbija się echem od metalowych ścian i wraca do uszu z opóźnieniem. Czuję się jak w niskobudżetowym filmie grozy. Co za pech, że widziałam tylko kilka produkcji w swoim życiu.
- Co robimy? - odzywam się pierwsza, macając drzwi rękoma. Wyczuwam małą szczelinę, naszą szansę.
- Nie ma prądu. Coś musiało się stać - odpowiada Bran, szukając czegoś w kieszeni. Słyszę brzęk kluczy, a po chwili jeden z nich ląduje w odnalezionej przed chwilą szparze.
- Myślisz, że zadziała? - pytam, unosząc brwi, choć wiem, że tego nie widzi. Nie wiedziałam, że jest tak dobrym włamywaczem. Kilkanaście minut później udaje nam się rozsunąć skrzydła o kilka centymetrów. Dosyć słabo, patrząc na to, że potrzebujemy dziesięć razy tyle, aby się przecisnąć.
- Na trzy - mówimy jednocześnie i zaczynamy histerycznie chichotać. Ciągniemy w dwie strony sapiąc głośno i przeklinając pod nosem. Rzadko słyszę takie wiązanki z ust przyjaciela. Otwór się powiększa, ale przed nami znajduje się kamienna ściana. Prześwit przy podłodze ma może czterdzieści centymetrów wysokości i stanowi naszą jedyną drogę na "wolność". Akurat teraz włącza mi się czerwona lampka z nadpisem "klaustrofobia". Jestem na świeżym powietrzu, dookoła śpiewają pta...
- Pójdę przodem - sygnalizuje Bran. - Nie wiem, jak daleko do ziemi. Jeśli bardzo, usłyszysz huk - dodaje, starając się obrócić wszystko w żart. Śmieję się chyba z przyzwyczajenia, przezwyciężając ciężar imadła zaciskającego się na klatce piersiowej. "Wyjść" - krzyczy mój mózg, a ciało powoli odmawia posłuszeństwa. Mogę się poddać. Chcę i wiem, że jeszcze chwila a to zrobię.
- Widzimy się na dole - mówi Bran, ściska moją dłoń i znika w otworze. Jeden, dwa... Słyszę stopy lądujące na podłodze. - Skacz, złapię cię! - krzyczy.
- Wysoko? - udaje mi się wysapać, kiedy powoli wsuwam się na brzuchu w szczelinę. Nie odpowiada, czym daje mi jednoznacznie do zrozumienia, że lepiej, abym nie wiedziała. Zamykam oczy, wciągam resztki powietrza do płuc, potem wypuszczam i lecę w dół. W ciemność, nicość, wielometrową przepaść. Wielki Kanion, kurczę. Ułamek sekundy później czuję dłonie Brana na swojej talii. Siła jest zbyt duża, upadamy na posadzkę, ląduję na nim, przygniatam do ziemi, wyciskając resztki powietrza z płuc. Ale mimo wszystko czuję, że wreszcie mogę oddychać.
- Wybacz - szepczę, podnosząc się i stając na zwichniętej nodze. Potykam się, ale udaje mi się odzyskać równowagę. Nadal jest ciemno, drogę znaczą tylko niebieskie światła awaryjne zamontowane przy podłodze.
- Gdzie jesteśmy? - pytam, przysuwając się do jednej ze ścian. Widzę wydłużone cienie naszych sylwetek. Mroczne i groźne. Czy tacy właśnie jesteśmy? Żołnierze w cywilu. Cywile w mundurach pracowników kopalni - rebeliantów. Kiedy stałam się buntowniczką?
- Ostatnio widziałem piętro minus trzynaście. Kuchnia powinna być jakieś dwa, trzy poziomy niżej - odpowiada. Część jego słów ulatuje w przestrzeń, kiedy kładę palec na ustach, zauważając jaśniejsze światło w końcu korytarza. Żółta poświata dochodzi zza grubych, uchylonych drzwi.
- Chyba straciłam apetyt - szepczę, zbliżając się coraz bardziej do celu, jakim stało się nieznane pomieszczenie. W kucki podchodzimy niemal do samego wejścia. Wystarczająco blisko, żeby usłyszeć dobywające się stamtąd głosy i wystarczająco daleko, aby w razie potrzeby szybko się oddalić. Czuję, że coś się święci.
- Oddział "Alfa" dotarł do Pałacu. Co teraz z nimi? - odzywa się ktoś. Towarzyszy mu szuranie krzesła i stukot ciężkich butów. Moment, przecież "Alfa" to tata i...
- Jakie mają szanse na powrót?- pyta jakaś kobieta. Co dziwne, rozpoznaję jej głos, nie mam jednak czasu się nad tym dłużej zastanawiać.
- Jeden do dwudziestu. Pięciu rannych, w tym jeden ciężko.
Słowa dudnią mi w uszach. Oby nie tata, błagam, tylko nie... Muszę się uszczypnąć, żeby słuchać dalej i nie wydać z siebie cisnącego się na usta, żałosnego jęku.
- Harrington wydał wyraźne rozkazy. Ratować wszystkich, których się da - odzywa się ktoś trzeci, tego na pewno nie kojarzę. Jego głos jest stanowczy, słychać w nim pewność. Zauważam, że trzęsą mi się ręce i znów obgryzam paznokcie.
- Kto tu jest dowódcą? Harrington znał plan i kody. Powstanie wybuchło, damy sobie radę.
Dlaczego rozmawiają o moim tacie, jakby w ogóle ich nie obchodził? Dlaczego ta kobieta nie chce go ocalić? Czy jest w niebezpieczeństwie?
- Teraz my dowodzimy - oznajmia kobiecy głos, a moja ręka znów wędruje do ust. Uderzam się dłonią w palce, ale robię to za mocno. Plaśnięcie rozchodzi się po pustym korytarzu. Zanim zdążymy odejść wystarczająco daleko w drzwiach pojawia się jakaś postać. Głos, który rozpoznałam. Głos, który wydał wyrok na oddział "Alfa". Graila Loperfield we własnej osobie, z gładko zaczesanymi do tyłu włosami, w takim samym stroju jak ja. Patrzy na nas po czym odzywa się cicho:

- Zabłądziliście?

3 komentarze:

  1. To było świetne *O* wszystkie rozdziały! czekam na kolejne! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. CUDO!!!!!!!!!!! Boże jak ja dawno tego nie czytałam, dobrze że przypomniałam sobie o tym zacnym blogu :D
    Mam nadzieję, że szybko pojawi się nowy rozdział, bo jestem ciekawa co dalej :D
    WENY!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowite! Musisz być geniuszem, coś takiego wymyśliłaś *0*
    Czekam na ciąg dalszy ;)

    Weny! :D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :)