Rozdział XVII


Podczas gdy pozostali jej pomagają, ja postanawiam porozmawiać z Ronnie. Przecież to dla niej tu jestem. I bez niej nie wyjdę. Może nie jestem sprawiedliwa, po raz drugi w ciągu piętnastu minut obarczam pozostałych brudną (dosłownie i w przenośni) robotą, ale nie opuszczę budynku bez przyjaciółki. I, mimo że nigdy nie przeszkadzał mi widok krwi, ta czerwona sadzawka na podłodze napawa mnie przerażeniem i boję się, że zemdleję i w nią wpadnę. Albo nie będę w stanie odpędzić wyrzutów sumienia. Morderczyni. Ruszam w kierunku skulonego kształtu na podłodze ostatniej celi, omijając plamy krwi pozostałe po wleczeniu Strażników. Biorę głęboki wdech przez usta, żeby nie czuć tego okropnego zapachu. Nienawidzę go. Nawet bardziej niż siebie samej. - Ronnie? Nie odpowiada. Coraz bardziej się martwię. - Kochanie, co oni ci zrobili? – pytam łamiącym się głosem, kiedy podnosi na mnie te swoje wielkie, zielone oczy. Rozcięcie na twarzy jest jeszcze głębsze niż mi się wcześniej wydawało. Niewątpliwie wymaga szycia. Pod okiem rozlewa się wielobarwny siniak. Kiedy chcę odsunąć kołnierzyk bluzki, by sprawdzić skąd pochodzi krew, łapie mnie za rękę i wbija w nią paznokcie. Broni się przede mną? Czyżby tylko ona dostrzegła siedzącego wewnątrz potwora? Mordercę? Udaje mi się dostrzec sińce na nadgarstkach przyjaciółki. - W porządku – mówię, podnosząc ręce do góry. – Nie muszę cię dotykać, jeśli nie chcesz. Powiedz mi tylko, co się stało. Nie pomogę ci, jeśli się nie dowiem. Wtedy zaczyna płakać. Łzy spływają jej po policzkach, a ona zarzuca mi ręce na szyję i przytula się jak małe dziecko. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Nawet, kiedy jej matkę zagryzły dzikie psy. Nigdy. A teraz cała się trzęsie. Nadal jednak nic nie mówi. I nagle zdaję sobie sprawę, że może wcale nie przeszłam najgorszego. Że niepotrzebnie użalałam się nad sobą. I, że mogłam skończyć o wiele, wiele gorzej. - To on – słyszę za sobą chłopięcy głos. Niechętnie odwracam głowę. Blondyn, którego wypuściłam z celi wskazuje drżącym palcem plamę krwi na podłodze. Nie kojarzę od razu. – Stał tu zanim go... Kiwam głową, choć nie do końca pojmuję, co próbuje mi przekazać. - Jak masz na imię? - pytam najłagodniej jak potrafię. To dziecko jest w końcu jeszcze bardziej przerażone niż ja. - J... ja... Mark. - Mark, jeśli chcesz pomóc Ronnie, musisz mi powiedzieć, co jej się stało. Na dźwięk swojego imienia dziewczyna wydaje z siebie długi, zduszony przez moją bluzkę jęk. - To się chyba nazywa gwałt. Przynajmniej oni tak mówili. Ja nic nie widziałem – odpowiada cicho. - Słyszałem tylko jak krzyczała. Z trudem tłumię niechciane łzy. Widziałam jak ten Strażnik na nią patrzył. Stałam tak blisko niej. Tak blisko, a jednak nie postarałam się bardziej. - Dziękuję Mark – szepczę. - Wiesz, co z twoimi rodzicami? Kręci głową. - Wiesz, co się dzieje? - kontynuuję, a on znów zaprzecza. Decyduję, że lepiej, żebym nie była osobą, która przekaże mu fantastyczne nowiny o tym, jak to jego świat runie teraz i rozpadnie się na małe kawałki. Nie, nie dałabym nawet rady. - Kim są ci dwaj chłopcy? - Moi kuzyni: Gottard i Nombri. Byliśmy na placu bez dokumentów, kiedy Strażnicy nas zatrzymali. A potem przyciągnęli tutaj i zamknęli w celach. - Wydaje się coraz śmielszy, już nie trzęsą mu się ręce. Może uznał mnie za przyjaciółkę. Tak, chyba w tym momencie nią jestem. Skoro stoimy po jednej stronie barykady. I jesteśmy niejako uwięzieni na komisariacie. Wyjście będzie teraz dużym problemem. Zapada cisza. Do moich uszu dociera tylko ciche łkanie przyjaciółki i tupot stóp za mną. Ktoś się zbliża. Czyżby nie zabili jeszcze wszystkich funkcjonariuszy? Co, jeśli w którymś momencie popełniliśmy błąd? Każdy fałszywy krok możemy przypłacić życiem. To gra o najwyższą stawkę. I z każdą kolejną upływającą minutą staje się coraz trudniejsza i bardziej niebezpieczna. Moje nerwy, napięte do granic możliwości, nie rozluźniają się ani na chwilę. - O Boże – dobiega mnie znajomy głos. Odwracam się po raz kolejny, kierując wzrok na pełne przerażenia oblicze Brana. - Co... - zaczynam, nie spuszczając oczu z jego twarzy. - Widziałaś? - pyta, wskazując palcem w dół. Na miejsce, w którym przed chwilą stał Mark. Już go nie ma. Leży w kałuży krwi z nożem sterczącym z piersi. Obie dłonie zaciskają się na narzędziu. - Rozmawiałam z nim, potem się odwróciłam, nic nie słyszałam... - Nie wygląda na samobójcę. To jeszcze dziecko – odpowiada ze łzami w oczach. Podchodzi do ciała chłopca i zamyka mu oczy. - Nie obwiniaj się. Nic nie mogłaś zrobić. Ale ja wiem, że mogłam. Zawsze coś da się uczynić. Zawsze. - Co z nią? - pyta, klękając obok mnie i Ronnie. Kręcę głową w odpowiedzi. Z trudem powtarzam słowa Marka. Kolejnej niewinnej ofiary okrutnej wojny. W tym czasie dołączają do nas pozostali. Nie chcę, żeby chłopcy widzieli ciało kuzyna, ale nie udaje mi się uchronić ich przed traumatycznym przeżyciem. Nie daję rady oderwać się od przyjaciółki. Kurczowo obejmuje mnie szczupłymi ramionami, jakbym mogła jej w jakiś sposób pomóc. Obronić przed złem świata. - Jaki macie teraz plan? - pyta trzeźwo Graila. - Musimy zająć się rodzeństwem Ronnie – odpowiadam bez wahania. I przy okazji bez przemyślenia. Jej dom jest dosyć blisko mojego, jednak w przeciwnym kierunku niż Rosalie. Nie przechodziliśmy obok niego. Nawet nie spróbowaliśmy. Mam wyrzuty sumienia, te dzieci są przecież prawie moim rodzeństwem. - Dziewczyno, do cholery, czy ty naprawdę chcesz nas wszystkich pozabijać?! - wrzeszczy nieoczekiwanie Rigley. Jestem pewna, że mam w tym momencie szeroko otwarte usta. Znowu czuję zbierające się w oczach łzy. Bo wreszcie mówi, co sądzi o moich planach ratowania wszystkich. Bo ta prawda boli. Bo brat obraca się przeciw siostrze. - Zamknij się Rig – strofuje go Rose. Cicho, ale skutecznie. I widać takie słowa w ustach jego delikatnej ukochanej robią niemałe wrażenie, bo natychmiast milknie. - Czy ona kwestionowała pomysł przyjścia po mnie? Czy kiedykolwiek posądziłaby cię o robienie czegoś wbrew rodzinie? Zapada niezręczna cisza. Powietrze gęstnieje z momentu na moment. Mam wrażenie, że zaraz uduszę się od wszystkich targających mną emocji. Albo wybuchnę, ale nie wiem, czy znajdę na to siły. Najchętniej położyłabym się na zimnej, brudnej podłodze i czekała na śmierć. Tak, właśnie. Zasnąć i nigdy się nie obudzić. I co robię? Załamuję się po raz kolejny. Wybucham płaczem, tak po prostu. Szlocham jak małe dziecko, wylewając przy tym hektolitry łez. Czuję się bezsilna i sfrustrowana. Nie udało mi się ochronić Ronnie. Nie mogę pomóc jej rodzeństwu. Jestem zła. Morderczyni. Może Rigley ma rację? - Skarbie, wszystko będzie dobrze – pociesza mnie Graila. Obejmuje mnie i przy okazji Ronnie i kołysze w ramionach. Jak prawdziwa babcia. Czy ona ma jakąś rodzinę, o którą mogłaby w tym momencie zadbać? Czy też się o nią boi? A może Kapitol niepostrzeżenie ją wykończył? - Wszyscy mamy czasem gorsze chwile - ciągnie. "Szkoda, że moje zdarzają się z tak dużą częstotliwością" - dodaję w myślach. Zaciskam pięści, żeby się opanować. Teraz to już naprawdę koniec. Nie uronię ani jednej łzy, dopóki nie dotrzemy do kopalni. Tak będę mogła użalać się nad sobą do końca życia. Lub wojny, bo nie wiem, czy ją przetrwam. Wyplątuję się z objęć staruszki i Ronnie. Nie ma czasu na współczucie. Obiecuję, że tym zajmę się później. Kiedy podnoszę się chwiejnie na nogi i unoszę głowę, spostrzegam, że wszystkie oczy skierowane są na mnie. Prawie. Rigley patrzy ze złością w podłogę. Szczęki i pięści ma zaciśnięte, jakby z trudem powstrzymywał się od wybuchu. Panuje niczym niezmącona cisza. Czy na zewnątrz już wiedzą, że coś się stało? Czy właśnie obstawiają wejście? Uciekać. Musimy uciec. - Ilu nas jest? - pytam nieco drżącym głosem. Nikt nie odpowiada. Ochrząkuję i dodaję, już pewniej. Może zabrzmiałoby to lepiej gdybym w tum samym czasie nie ocierała rękawem łez. - Musimy się przeliczyć. - Dwóch chłopców, Graila, mama, ja, ty i Ronnie - odzywa się niemal mechanicznie Rig, nadal nie spoglądając w moim kierunku. Przykro mi z tego powodu. Ale miało być bez osobistych wycieczek. - Siedem osób - podsumowuje mama. - Umiecie walczyć? - pyta ni z tego ni z owego przerażonych chłopców. Cofają się o krok i opierają o ścianę. Graila powoli podchodzi do nich i szepcze coś, czego nie możemy usłyszeć. - Gottard - mówi, wskazując na rudego. - Strzelał kiedyś z dubeltówki, ale tylko raz. Za to umie chodzić po drzewach i zajmować rannymi - kładzie pomarszczoną rękę na ramieniu drugiego. - A Nombri dobrze posługuje się procą. Nie powiem, żeby były to przydatne informacje, jednak uśmiecham się krzepiąco do chłopców, jednocześnie walcząc z myślą, że nie możemy ich ze sobą zabrać. Okrutne. Ale taka jest wojna. "Ghail mógłby się przydać." " Ale Bran też umie opatrywać rany" - słyszę w głowie sprzeczne myśli. Co możemy jeszcze zrobić dla tych dzieci? Co ja mogę zrobić? "Są za słabi. Zginą." "A ty jaka jesteś?" - Wychodzimy - mówię, przekrzykując własne myśli. Czy tak wygląda szaleństwo? Kiedy stracę kontakt z rzeczywistością i zacznę kiwać się w przód i w tył, śmiejęc od czasu do czasu z niczego? - Jak? - pyta trzeźwo Rig, ale nie daję się zbić z tropu. - Tak jak weszliśmy. To znaczy Bran weźmie mnie, mamę i Rose, a pa... A Graila zaprowadzi chłopców i Ronnie tylnym wejściem. Spotkamy się na bocznej drodze i razem ruszymy do domu Brandona, potem do kopalni. Wpatruję się w nich, zaskoczona własnym sposobem myślenia. Kiedy zadecydowałam o opuszczeniu komisariatu, nie miałam nawet mglistego zarysu postępowania. To się ukształtowało w ułamku sekundy. I jestem niemal pewna, że podejmuję właściwy wybór. Ot tak. Pochwycam pełne aprobaty spojrzenie Brana. Dopiero wtedy orientuję się, że wstrzymuję oddech, czekając na reakcję towarzyszy. Wciągam powietrze przez nos, starając się uspokoić tętno. Jednak nikt się nie odzywa. Mam wrażenie, że nawet nie mrugają. Nie wykonują najmniejszego ruchu. Cenne sekundy upływają, kiedy Ronnie podnosi się z podłogi i przemawia czystym głosem bez cienia strachu czy wątpliwości: - Co tak stoicie? Chciecie przeżyć? Lepszego wyjścia nie ma! Po czym milknie i nie odzywa się więcej. Zdaje się znowu zapadać w swój świat, zamykać w sobie, a ja nie umiem tego powstrzymać. - Radziłabym się pospieszyć - dodaję, patrząc prosto na swojego brata. Mimo woli podnosi wzrok, ale nie jest w stanie spojrzeć mi w oczy. Boi się. - Dobry pomysł, Samantho - odpowiada, patrząc w przestrzeń. Lepsze to niż nic. Moment zajmuje nam nakłonienie Ronnie do współpracy, chłopcy nie wypowiadają ani słowa sprzeciwu. Grzecznie wychodzą za Grailą i znikają w korytarzu. Po chwili słyszymy ciche kliknięcie, później drugie i wiemy, że im się udało. Teraz pora na nas. Zostajemy spięte kajdankami tak jak wcześniej, otwieramy drzwi i wychodzimy z budynku. Naprzeciw stoi około dwudziestu Strażników, celujących w nas z pistoletów. Czas się zatrzymuje. Rose przestaje oddychać, ja przestają oddychać, Bran i Rig zastygają w bezruchu. Znowu mam wrażenie, że już długo nie pożyję. Ale należy mi się. Morderczyni. Zamykam oczy, chcąc odciąć się od rzeczywistości. Słyszę strzał, a potem przeraźliwy krzyk, niemal wycie. Nie mam pojęcia, czy to nie mój własny głos. nic nie czuję. Później kilka przeklęstw, nie wiem, z czyich padają ust i zostaję gwałtownie szarpnięta do przodu. Nie mam odwagi uchylić powiek. - Biegnij! - wrzeszczy tuż obok mnie Rig. - Ruszaj się! Nie rozumiem, co się dzieje, słyszę kolejne strzały. Potykając się o wystające kamienie i grudki ziemi posuwamy się w bliżej nieokreślonym kierunku. Kostka jęczy przy każdym kroku, ale adrenalina pcha mnie naprzód. Byle dalej. Wystrzał. Chcę do domu! Jeszcze jeden. Niech to się już skończy. Nie wytrzymam. Otwieram oczy i pierwsze, co widzę, to zakrwawiony grunt pod stopami. Boże, nie. Tylko nie oni. Przyspieszam, ignorując kłucie w nodze, ciągnąc za sobą Rose. Robi, co może, żeby dotrzymać nam kroku. Gwałtownie skręcamy w prawo, lawirując w ruinach jakiegoś budynku. Ciągle słyszę ciężkie kroki w odległości jakichś stu metrów. Myślałam, że są szybsi. Wbiegamy w kolejną wąską uliczkę. Poznaję ją, to Hitzer Street, kiedyś tutaj właśnie mieszkał Brandon. Siadaliśmy w jego malutkim pokoju i udawaliśmy, że spotkaliśmy się na herbacie, pijąc wyimaginowany napój z wyszczerbionych kubków. Potem zahaczaliśmy koc o szafę i krzesło i siedzieliśmy w prowizorycznym namiocie, opowiadając straszne historie. Często bałam się potem spać w nocy, ale nie było mowy, żebym się przyznała. Pamiętam, jak powciskałam ubrania swoje i Rig'a pod łóżko, żeby nic nie mogło się od nim ukryć. "Piękne czasy" - myślę, przykucając w korytarzu budynku równoległej uliczki. Wszyscy bez wyjątku wstrzymujemy oddech. "Miną nas" - powtarzam w myślach. - "Nie zauważą." Bran powoli i delikatnie wyciąga klucz od kajdanek i kolejno nas rozkuwa. Rozcieram poobiajane nadgarstki, ten zwichnięty boli dużo bardziej, ale nie chcę narzekać. Chyba nawet nie mam większego powodu. Nie wydajemy z siebie żadnego dźwięku przez kolejne minuty. Wreszcie się zbliżają. Słyszę ich głosy na zewnątrz. Są coraz bliżej i bliżej. Słowa stają się wyraźniejsze, mogę zrozumieć, o czym rozmawiają. A mówią oczywiście o nas. Kiedy już mam straszne przeczucie, że drzwi na klatkę schodową otworzą się z hukiem, kroki Strażników bardzo powoli cichną. Trwa to dobre kilkanaście minut, chyba przeszukują podwórko. Ale wejście ukryte za krzakami pozostaje dla nich niewidoczne. Albo rzeczywiście są tępi. Bo na takich właśnie wyglądają. Muskularni i nieposiadający własnej woli. Marionetki. Lalki w rękach Kapitolu, sterowane głosem prezydenta. Przez kolejne minuty nie mam odwagi spojrzeć na pozostałych. To był mój pomysł. Głupi, wymyślony na poczekaniu scenariusz. Zbyt proste rozwiązanie. Uwierzyliśmy, że możemy ot tak przechytrzyć uzbrojonych i wyszkolonych (choć prawdopodobnie głupich) mężczyzn. Czy komuś coś się stało? Czyją krew widziałam pod stopami? - Sam - słyszę kilka centymetrów od siebie. - Nic ci nie jest? Podnoszę wzrok wprost na zatroskaną twarz Brandona. Kiwam głową bojąc się, że jeśli spróbuję coś powiedzieć, głos odmówi mi posłuszeństwa. A nie chcę więcej się nad sobą użalać. Nie mogę jednak powstrzymać cichego szlochu, kiedy przyciąga mnie do siebie i kołysze w ramionach jak małą dziewczynkę. Zanurza twarz w moich włosach i gładzi po plecach. W tym momencie niemal jestem w stanie uwierzyć, że wszystko będzie dobrze. Staram się. Bardzo staram się tak myśleć, ale drżenie na całym ciele przeczy temu założeniu. Jeszcze nie jesteśmy bezpieczni, a ja nie zdołam ochronić nikogo z mich bliskich przed wojną. Nie jestem nawet w stanie pomóc samej sobie. - Rig, daj to, skarbie - mówi mama kilka metrów ode mnie. To wtedy decyduję się oderwać twarz od kombinezonu przyjaciela i spojrzeć przez łzy na pozostałych. Rose siedzi pod ścianą, trzymając za ramię mojego brata, który z kolei przyciska czerwoną od krwi chustę do swojej nogi. Nie. To nie tak miało być. Wszystko miało się ułożyć! Prawie wyrywam się Brandonowi i kieruję kroki ku Rigley'owi. Mama owija ranę swoją koszulą, robiąc opatrunek uciskowy poniżej kolana. I wtedy zadaję najgłupsze możliwe pytanie: - Co ci się stało? Jakbym nie wiedziała. Nie słyszała strzałów. Krzyku... Teraz już wiem, że należał do mojej matki. A może to mózg bez mojej wiedzy i zgody próbuję wyrzucić z pamięci najgorsze chwile? Zapomnieć o tym, czego nie zdołam już zmienić? Ale mogłam. A teraz? Jeżeli Rig nie przeżyje, jeśli mój brat umrze, nigdy sobie tego nie wybaczę. Morderczyni. Panikuję. Spazmatycznie łapię każdą kolejną porcję życiodajnego powietrza. Nie wspominając o tym, że chce mi się przy tym wymiotować, a te dwie czynności nie są możliwe do wykonania w jednym czasie. Mój mózg decyduje się powstrzymać wirujący i podskakujący żołądek, ale z płucami nadal nie daje sobie rady. - Nic mi nie jest - odpowiada łagodnie, niemal bez śladu bólu w głosie, dostrzegając zapewne strach w moich oczach. - Chodź tutaj. Pokonuję dzielące nas dwa kroki i przykucam obok Rose. - To nie twoja wina - mówi Rig, patrząc mi prosto w twarz. - Słyszysz? Kiwam głową i ponownie nie mogę powstrzymać słonych kropel, spływających powoli po policzkach. Nie, nie jestem twarda. Muszę nad tym dłużej popracować. Zaciskam dłonie w pięści, próbując przywołać w miarę przekonujący uśmiech. Wiem, że się nie nabierze, za dobrze mnie zna. Boję się, zapytać jak wygląda rana i na ile jest poważna. Spoglądam w kierunku mamy i Brana, klęczących przy otwartej apteczce. Ubiegają mnie. - Kula przeszła na wylot. Dosyć mocno krwawi, ale tętnica jest nienaruszona, założymy opatrunek i powinieneś wytrzymać do kopalni - tłumaczy Bran, nie przerywając zabiegów. Czyli jednak nie zagraża bezpośrednio życiu. Dzięki Bogu. Mam ochotę ich wszystkich uściskać. Po kilku minutach noga brata jest niemal profesjonalnie opatrzona, moje tętno stopniowo zwalnia, aby z poziomu "skrajnie przerażony" zatrzymać się na "zdenerwowany". Nie żeby to było dobre dla mojego organizmu, ale naprawdę ciężko uspokoić się w odrapanym korytarzu z sypiącym się tynkiem, kiedy w każdej chwili koś może wyskoczyć zza drzwi i powystrzelać nas wszystkich jak kaczki. Chyba tak się mówi. Teraz widzę, że przysłowia rzeczywiście mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jak kaczki. Zabawne. Nie mniej jednak, to miejsce w tym konkretnym momencie względnie bezpieczne. Zależy, jak na to spojrzeć. Ja zdecydowanie wolałabym teraz stwierdzić, że śnię i niezależnie od tego, co zrobię, obudzę się rano w ciepłym łóżku, założę kapcie i zejdę na skromne śniadanie, podczas którego będę się śmiać razem z Rigiem, mamą i tatą. I właśnie wtedy, dopiero w tym momencie dociera do mnie kilka ważnych spraw. Z wyrazu twarzy pozostałych odczytuję, że myślą o tym samym. Po pierwsze, nie możemy wrócić na główną drogę. Szukają nas i kiedy tylko zobaczą "Strażnika" z obandażowanym podudziem, podniosą alarm. Po drugie, musimy dostać się w okolice komisariatu. Czyli przynajmniej przeciąć główną drogę. Zabrać Grailę, chłopców i Ronnie. Czyli wejść w paszczę lwa. Uzbrojonego po zęby. Pal sześć dzieci i staruszkę! Tam jest moja aktualnie niespełna zmysłów przyjaciółka! To prawda, jej życie jest tak samo cenne jak innych, ale nie potrafię teraz trzeźwo myśleć. Wracamy się. Marnujemy cenny czas, bo sporo oddaliliśmy się od komisariatu. Marnujemy cenny czas. Przeze mnie. Nie wiedziałam, że wszystko może się jeszcze bardziej skomplikować. Ledwo powstrzymuję się od walenia głową w ścianę i wrzasku na całe gardło. Co ja zrobiłam? Jakim cudem zdołałam wpakować nas w jeszcze większy kanał? Jedynym pozytywem jest to, że podążaliśmy w kierunku domu Brandona, ale co z tego, skoro i tak wszystko na marne?! Spoglądam z przerażeniem na każdego z osobna. Są zmieszani, nie wiedzą, co powiedzieć albo unikają mojego wzroku. Tylko Bran patrzy prosto na mnie. Delikatnie unosi kąciki ust, żeby dodać mi otuchy i zaczyna: - Pójdę tam. Zabiorę ich i razem skierujemy się dalej. - Ale Brandon, my... - próbuję odwieść go od tej niemal samobójczej misji. - Nie macie mundurów, Rig jest ranny. Dam sobie radę, nie takie rzeczy już robiliśmy, prawda? Z przerażeniem stwierdzam, że wszyscy po kolei kiwają głowami. Mama i Rig niechętnej i z oporem, ale także się zgadzają. Krótko się z nami żegna i schodzi na dół, do piwnicy, z której ma nadzieję dostać się na podwórko. Siedzę chwilę otumaniona, po czym zrywam się na równe nogi i, potykając się, niemal spadam poziom niżej. Patrzymy na siebie. On z zaskoczeniem, ja ze strachem i łzami w oczach. - Nie żegnamy się - mówi stanowczo, podchodząc i mocno mnie przytulając. - Wiem - odpowiadam najspokojniejszym tonem, na jaki mnie w tej chwili stać. - Obiecaj, że wrócisz. Waha się przez chwilę, całuje mnie w czubek głowy, potem w czoło i na końcu w usta. Szybko, ale czule. - Obiecuję. Zamyka oczy i wciąga kilka razy powietrze do płuc. W milczeniu patrzę jak powoli się odsuwa, a w końcu odwraca i kieruje do starych, drewnianych drzwi. Znamy ten budynek. Kiedyś się w nim bawiliśmy. Znika na zewnątrz, zastąpiony silnym, zimnym powiewem powietrza. Kulę się i kuśtykam na górę. Wróci do mnie. Wróci. A jeśli nie? Otulam się ciaśniej bluzą i próbuję przegonić złe myśli. Siadam obok Rig'a chwytam go za rękę i wbijam tępo wzrok w kamienną posadzkę. - No to czekamy - odzywa się brat i mocniej ściska moją dłoń. Czekamy. Tak mijają kolejne minuty. W milczeniu, przy akompaniamencie wiatru poruszającego starą, zniszczoną okiennicą kilka pięter wyżej. Miarowo skrzypi i postukuje, pozwalając umysłowi pozbyć się prawie wszelkich myśli. Aż w końcu pozostaje tylko jedna. Wróci do mnie. Wróci. Musi. Przecież nigdy nie łamie obietnic.

6 komentarzy:

  1. Ale emocjonujący rozdział! Tyle wydarzeń ujęłaś w tak ciekawych i poruszających słowach, że nie mogłam się oderwać, a miałam skoczyć po coś do jedzenia. xD
    Najbardziej podoba mi się końcówka - bardzo się cieszę, że znów wspomnaiałaś o uczuciach łączących Brana i Sam - kiedy czytałam, gdy się "nie żegnali" czułam takie przyjemne dreszcze, zupełnie jakbym była główną bohaterką.
    Dobrze wiesz Lumi, że podziwiam twój styl, a teksty są dla mnie wzorem, więc myślę, że nie muszę słodzić Ci, jakie to wspaniałe? Dodam tylko, że to jeden z moich ulubionych rozdziałów, jakie dodałaś na tego bloga. :)
    Chyba tylko zgubiłaś "jest" w tym zdaniu: "Nie mniej jednak, to miejsce w tym konkretnym momencie względnie bezpieczne."? Poza tym nie widziałam więcej żadnego błędu.
    Pozdrawiam i życzę weny! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Orany, ale miła niespodzianka! Wreszcie coś dodałaś. Dziś nie mam czasu, ale coś czuję, że jutro chemia sobie trochę poczeka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzisiaj zaczełam czytać i jestem pod ogromnym wrażeniem ;))) Czekam na delsze części :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przegapiłam twój wielki powrót, ale grunt, że zobaczyłam kolejną notkę, a jaki ten powrót był!
    uwielbiam twoje opowiadania, pochłonęłam dwa rozdziały od razu, wciągnęły mnie na tyle, że nie byłam wstanie się od nich oderwać. Uwielbiam twój styl i strasznie podoba mi się główna bohaterka, która jest rzeczywista, ma wady i zalety i fajnie się z nią utożsamia. No ale najbardziej i tak lubię Bradnona ;) Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział. A tajemnica śmierci Marka będzie mnie chyba dręczyć przed zaśnięciem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że nie piszesz dalej. To bardzo ciekawe i cały czas myślę, co się mogło później z nimi stać. Przeczytałam całe, ale mi to nie wystarczy... Chce więcej ;)
    Zamierzasz kiedyś pisać dalej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam bardzo, bardzo przeprosić, więcej w poście, oczywiście wrócę do Was, bo w końcu przyda się doprowadzić jeden tekst do końca...

      Usuń

Dziękuję za każdą opinię :)